Kanały:
Wpisy
Komentarze

Zagadka Mikołaja

Wracałam do domu z myślą, że napiszę o Parnassusie a właściwie o ciągu myślowym, jaki Parnassus wzbudził, ale gdy wróciłam, okazało się, że są ważniejsze rzeczy.
Otóż, drodzy nieliczni, wątpiący czy nadal prowadzę blogaska (prowadzę) czytelnicy, przed Wami trailer dzieła, które przyćmi sobą wszystko, co kiedykolwiek widzieliście w kinie. Choćby dlatego, że tworzą je moi bracia, w związku z czym każdy, komu się nie spodoba, ma w zęby ;-)

Consolers of the lonely

Przy okazji tego kawałka popełniłam nie tak dawno bardzo osobisty wpis o muzyce, ponieważ jednak, wbrew pozorom, nie jestem wielką zwolenniczką ekshibicjonizmu blogowego, wpisu już nie ma. Została tylko piosenka i informacja o tym, że zasadniczo odkryłam The Raconteurs miesiąc temu mniej więcej i że strasznie mi się twórczość tej grupy podoba – jak zresztą większość dźwięków w taki czy inny sposób powiązanych z Białym Jackiem zwanym również Jackiem White.
A ten kawałek jest po prostu mój. I tyle. Może sobie być powielony w dowolnej ilości, mogą go słuchać tysiące albo i miliony, ale to tylko pozór. Tak naprawdę należy do mnie.

Łatwo się śmiać…

I robię to bezlitośnie, do łez wręcz, bo w swojej miłości do złych książek zapoznałam się z dziełem, ale prawda jest taka, że w głębi duszy większość z nas, dziewczęta, nie wie czy gdyby była szaloną piętnastką nie zostałaby przypadkiem fanką Zmierzchu.
I ta myśl jest bardziej przerażająca niż wszystkie potwory z szafy razem wzięte.

(Ok, to miał być taki lakoniczny, złowieszczy, złowróżbny wpis z klimatem, ale nie mogę: Boże, Boże, BOŻE, jakie to jest złe! Jak bardzo! Jak w ogóle można było zrobić światu taką krzywdę i to wydać! Nie jest warte nawet wysiłku pójścia po to do biblioteki! Chryste Panie, jak można w czterech tomach zawrzeć tak mało akcji?! Yara to jest przy tym wybitna literatura! Dębski w Yarze zachwyca maestrią kunsztu literackiego!
Muszę obejrzeć film. Absolutnie. Myślę, że Van Hellsing i Wiedźmak, moja prywatna czołówka, to znaczy, czołówka złych filmów, awansują wtedy znacznie.)

RPG a reżyseria

Mocno pamiętnikarsko dzisiaj będzie i – jak można się domyślić po tytule – trochę erpegowo. Ale tylko trochę, bo, doprawdy, to nie erpegi zaprzątają ostatnio moją krótko ostrzyżoną główkę.
Moją krótko ostrzyżoną główkę zaprząta bowiem musical.
Pisałam już, że zostałam reżyserem Mistrza i Małgorzaty bo nie umiałam nic konkretnego.
Może grzeszę w tym momencie fałszywą skromnością, skromnością na pokaz, pychą wręcz, która każe mi stawiać się ponad moimi towarzyszami broni za pomocą tego zdania, które głosi wszem i wobec „nie chwalę się i nie pozuję na profesjonalistkę”, ale jest w tym pewna prawda. Nie piszę wierszem – a chciałam, żeby to było wierszem, po prostu ze względu na to, że wątpiłam w możliwości pamięciowe aktorów – których – tylko – mglista – sugestia – majaczyła – na – horyzoncie (innymi słowy „aktorów, których jeszcze nie było), więc nie piszę wierszem na tyle sprawnie, by napisać cały scenariusz i być z siebie zadowoloną, moja edukacja muzyczna była co prawda całkiem rozbuchana w podstawówce, ale na tym się skończyło, tańca z ogniem nie można w żadnym wypadku uznać za rzecz uprawniającą do zajmowania się choreografią (może można by było, gdyby nie to, że trafiła nam się profesjonalna choreografka), a moje umiejętności plastyczne pozostawiają wiele do życzenia. Każdej z tych dziedzin dotknęłam w życiu, ale w większości wypadków były to lekkie otarcia. I w ten sposób, będąc osobą kompletnie pozbawioną kompetencji do zajmowania się jakąś jedną specjalizacją, a bardzo mocno związaną z projektem, zajęłam się reżyserią.
Szczerze mówiąc, miałam naprawdę blade pojęcie o tym, jak reżyserowanie powinno wyglądać, a że niespecjalnie miałam kogo się poradzić, musiałam sięgać do swoich przeczuć, zdrowego rozsądku i doświadczeń z całego mojego – niespecjalnie długiego w końcu – życia. Analizowałam to nie raz i nie dwa – sytuacja jest w końcu przedziwna, bo, może znowu sobie pochlebiam, rzadko się chyba zdarza, że ktoś jest wrzucony na aż tak głęboką wodę (asystent reżysera – rozumiem, luz, ale reżyser?! Trwającego ponad dwie godziny przedstawienia, w którym jest ponad dwudziestka aktorów, muzyka, taniec, śpiew, światła i scenografia?!) – analizowałam więc i doszłam do wniosku, że były trzy filary, na których się oparłam – i o jednym chcę dzisiejszej bezsennej nocy napisać.
Zaczęłam grać w erpegie mając lat czternaście, ale pięciu lat potrzebowałam, by zorientować się, że najlepsze sesje, najfajniejsze klimaty, najlepsze sceny i rozwiązania fabularne powstają wtedy, kiedy oddaje się inwencję graczom. Kiedy Mistrz Gry tworzy jedynie świat, lokacje i NPCów, wrzucając w to graczy i po prostu pozwalając im działać.
Oczywiście, w teatrze sytuacja jest inna – aktorzy nie mają się bawić w odkrywanie i tworzenie opowieści, ona jest już stworzona, wszyscy z góry znają scenariusz i wiedzą jak to wszystko się skończy. Teatr to takie RPG w drugą stronę – na sesji zaczynamy z gotowymi postaciami i odkrywamy albo tworzymy historię, a robiąc spektakl zaczynamy z gotową historią, ale nic nie wiemy o postaciach.
Naprawdę, nic. Pierwszą wielką niespodzianką – szczęśliwie nastąpiła zanim zaczęłam prowadzić próby, albo na samym początku ich prowadzenia – było to, że scenariusz jest zagadką. Macie dialogi i didaskalia, czyli tylko zachowanie postaci w danych sytuacjach, zero uczuć, i musicie z nich wyciągnąć ile się da o granym bohaterze. I, tak jak w erpegu (wzorcowym) – Mistrz Gry ogólnie kojarzy postaci, ale to gracze wiedzą, jak ich postaci się w różnych sytuacjach zachowują. MG rzuca ogólny klimat, resztę dopełniają gracze. A czasem – im bardziej zaangażowani gracze, tym częściej – to nie MG wpada na świetny pomysł na akcję a właśnie gracze, którzy siedzą w historii po uszy i po prostu czują – a nie wiedzą – jak to ma być.
I tak samo, jak w RPG, punktujemy odwagę. Wolimy graczy aktywnych i myślących od nieaktywnych i przestraszonych, przyglądających się innym. A najbardziej lubimy drużyny, które grają na siebie, podrzucają sobie klimaty, usuwają się w cień, kiedy widzą, że właśnie nadeszło pięć minut dla któregoś z bohaterów, budują interakcje, drużyny, w których gracze myślą o czymś innym niż to, że ich własna postać musi wypaść zajebiście i nie ma w ogóle opcji by zniknęła choć na chwilę.
Rolą reżysera jest zrobić z aktorów taką erpegową drużynkę. Rolą MG, swoją drogą, również jest zrobić z graczy taką erpegową drużynkę, bo sami tego nie zrobią.
Kolejną kwestią wpływającą na zajebistość tak sesji jak i przygotowywanej sceny jest atmosfera w trakcie opowiadania historii. Absolutnie nie nerwowa, ale niezupełnie luźna – luźna atmosfera na sesji sprawia, że gracze zamiast zajmować się graniem, rozmawiają o, powiedzmy Soul Reaverze albo oglądają filmiki na youtube. Osobiście tego nienawidzę, ale z dwojga złego lepsze to niż zgraja obrażonych na świat i mistrza ludzi, którzy siedzą w pokoju tylko z łaski i po to, by nie popsuć innym zabawy.
Prowadząc dla pięciu, czasem sześciu osób – dla niektórych z nas było to jedyne spotkanie w tygodniu – pogodziłam się z tym, że nie ma opcji, żeby sesja zaczęła się w momencie, kiedy już wszyscy się zejdą. Trzeba skończyć partię Jungle’a, którą zaczęło się w oczekiwaniu na spóźnialskich, wymienić ploty i żarty, załatwić kwestie kompletnie niezwiązane, znaleźć kości, podręczniki i karty (moja zmora, z reguły karty postaci mieszkają u mnie i nigdy nie wiem gdzie są), przypomnieć sobie, co było ostatnio i wreszcie zacząć. I nic się nie poradzi. Wojskowy dryl to nie jest coś, co dobrze działa na ludzi, nad którymi władzę masz tylko na podstawie, nienawidzę tego określenia, umowy społecznej. Być może dlatego to, że próby zawsze mają poślizg niespecjalnie robiło na mnie wrażenie.
Dobry reżyser jest więc, myślę sobie, jak dobry Mistrz Gry – tworzy warunki do opowieści. Robi atmosferę i ogólny szkic, pilnuje, żeby drużyna była drużyną, a potem wpuszcza aktorów i dba, by mieli przyjemność z tego, co robią – albo modli się, by mieli przyjemność z tego, co robią, albo przynajmniej czuli się w obowiązku ją mieć. Monitoruje ich działania i stara się nie przeszkadzać. Więc przychodziłam na te próby, szkicowałam – czasem mocniej, czasem lżej, zależało to, przyznaję, tylko od ilości czasu, który poświęciłam scenie, nie od wyczucia – i tu też jest tak samo, jak z sesją, im dłużej przygotowujesz tę cholerną lokację, im bardziej jest szczegółowa, tym bardziej żyje w trakcie i tym dłużej ją potem pamiętają – i na naszkicowany plac zabaw wpuszczałam aktorów. Jasne, że czasem rzucałam sugestie, jasne, że dochodziło do starć (rzadko), ale w gruncie rzeczy chodziło o to, o co chodzi przy każdym projekcie, który ma mieć sens – o dobrą zabawę. Naprawdę, może jestem gówniara, może mam dwadzieścia jeden lat i może wyda się wam to naiwne, ale głęboko wierzę w to, że bez przyjemności nie powstanie nic wartościowego. Dlatego nie zajmuję się w życiu rzeczami, które mi przyjemności nie sprawiają.
Erpegi dały mi więc ogólną podstawę sposobu pracy. I nie ma się z czego śmiać, nie miałam innego punktu zaczepienia.
Jasne, są reżyserzy – ciągle się o nich słyszy – którzy trzymają wszystko twardą ręką, warczą, dają po mordzie i dążą do zrealizowania swojej wizji, i może, jeśli zostanę w tym biznesie, po jakichś trzystu, czterystu historiach będę tak robić, ale do licha, będąc takim żółtodziobem, że bardziej się nie da, nie mogłam polegać tylko na sobie – musiałam się oprzeć na wszystkich, których miałam pod ręką. I jak teraz na to patrzę, myślę, że jest to świetny sposób – bo co dwie głowy to, kurde, nie jedna.
Drugą rzeczą, która pomogła mi w robieniu tego przedstawienia była moja – odrzucona w tym momencie w kąt, wzgardzona i stojąca pod znakiem zapytania – antropologia, ale o tym może w następnym odcinku.

Z serii “mały antropolog”

Magia kolorów wiecznie żywa – wszystkie tabletki na przeziębienie, od rutinoscorbinu po gripex, są żółte albo pomarańczowe.
Zawsze mnie cieszą takie burzące pozorną racjonalność śwyata dzisieyszego i, co za tym idzie, dzisieyszego myślenia, drobiazgi.

Sketchless

Dzień dobry, ja tylko na chwilę.
Chciałam bowiem jedynie zameldować, że, jako że nie mogę się wyżywać blogowo tak bardzo, jak to drzewiej bywało, znalazłam substytut moich normalnych, rozgadanych wpisów – substytut sponsorowany przez Ciasteczkowego. Nazywa się Sketchless.
Jeśli więc macie ochotę zobaczyć jakie widoki wyhaczam pomiędzy teatrem, Castoramą, lumpeksami, sklepami z rzeczami za cztery złote a domem – zapraszam. Czasem będą tam moje zdjęcia. Są tam również zdjęcia i grafiki dziadka, rzecz jasna, w większości bardzo fajne.
No, to by było na tyle.

Będę płakać

citylight

Wyobraźcie sobie scenę następującą. Jest październik. Siedzą dwie laski, świeżo po liceum, w cukierni, a ponieważ temat “jak to jest na tych studiach” już im się skończył, rozmawiają o różnych innych rzeczach, wspominają dawne, traumatyczne dzieje i zahaczają o wspólne zainteresowania. I nagle jedna mówi do drugiej mniej więcej “wiesz, lubimy czytać dobre książki i oglądać musicale, to może zróbmy sobie musical na podstawie najlepszej powieści dwudziestego wieku”, a ta druga mówi “dobra”.

Żadna nie umie śpiewać, z muzyką mają tyle wspólnego że jej słuchają, co do teatru – jedna działa w ulicznym, liczącym sobie osób dziewięć, druga o robieniu teatru bladego pojęcia nie ma.

Jakiś tydzień później spotykają się w przeklimatycznym bufecie filologii polskiej i piszą szkielet fabuły. Ustalają też, że w zasadzie to lepiej byłoby gdyby to było rymowane w całości, bo w ten sposób aktorom łatwiej będzie zapamiętać tekst, i ta z nich, która lepiej posługuje się mową wiązaną, podejmuje się napisać scenariusz.
I jakieś pół roku później scenariusz jest.
A, laski mają jeszcze jedną znajomą, która wybiera się na ASP do Krakowa, więc może zająć się scenografią. Ta laska, która nie nadaje się do niczego innego (to znaczy ani do pisania ani do scenografii) zostaje wyznaczona na reżysera.

I pięknie. Jest scenariusz, jest reżyser, jest scenograf. Brakuje tylko jakiejś pięćdziesiątki aktorów obdarzonych poza talentem dramatycznym umiejętnościami takimi jak śpiew i taniec, choreografa, muzyki, muzyków, sceny i kasy.

Co robią dziewczęta? Otóż ta z nich, która wybiera się na ASP projektuje plakat – ogłoszenie, którego desperacka treść głosi:
plakaty
A potem rozwieszają te plakaty wszędzie. Znaczy, na uczelniach, w liceach i w domach kultury. Pani reżyser odkrywa jak to jest odpisywać na dziesięć maili dziennie.
I staje się cud – zgłasza się kompozytor. Zgłasza się też choreografka, ale prawdopodobieństwo trafienia na człowieka, który będzie chciał i umiał skomponować muzykę było znacznie mniejsze.

W wakacje powstaje muzyka i nowa wersja scenariusza. A, i znajduje się grupa teatralna, która właśnie jest w trakcie robienia innego musicalu, znaczy się My Fair Lady, liczy od dwudziestu do pięćdziesięciu osób i zasadniczo jest amatorska, znaczy, że ludzie, którzy w niej są, są w niej za free i dla przyjemności i w większości śpiewają. Niektórzy na przykład kończą Akademię Muzyczną, wydział wokalno – aktorski. A poza tym to ta grupa ma taki deal z jednym prawdziwym teatrem z wielką sceną, że może w tym prawdziwym teatrze sobie próbować i wystawiać różne rzeczy.

Potem działo się dużo różnych rzeczy, dużo różnych rzeczy dzieje się nadal, ale jak zobaczyłam dzisiaj nasz plakat na tym nieszczęsnym przystanku piętnastki (jasne, że wiedziałam, że już wiszą, mało tego, widziałam jeden akcji już wcześniej, ale tamtego specjalnie szukałam, a ten po prostu na mnie wyskoczył) to tak mnie wzruszyło, ruszyło i w ogóle, że postanowiłam wystosować ten, pełen prywaty i lansu, wpis, bo poczułam głęboką potrzebę obwieszczenia całemu światu, że oto nadchodzi rzecz zupełnie niemożliwa, taka rodem z hollywoodzkich produkcji i że przytrafiła się ona właśnie mnie – lasce, która została reżyserem, bo nie nadawała się do niczego konkretnego.

Grzanki – część pierwsza

Miało być o muzyce, wiem. Ale nie będzie. Będzie o czytaniu.
Jak już pisałam, mam w zwyczaju czytać do grzanki. Z reguły czytam gazetę, a właściwie jej dodatek noszący dźwięczne miano “kultura” bądź program telewizyjny. Jeżeli przypadkiem oba mam już przeczytane, albo żadnego nie ma w pobliżu, zabieram się za kryminały i romanse, które moja mama co jakiś czas przynosi z biblioteki w ilościach hurtowych (chyba z nadzieją, że wśród pięciu książek znajdzie się chociaż jedna w miarę nadająca się do przeczytania, nie żebym jakoś specjalnie narzekała na poziom, ale korzystamy z usług biblioteki osiedlowej od lat kilkunastu, ciężko więc znaleźć coś nowego i dobrego).
Zdarza się, że lektury te wciągają mnie na tyle, że wędrują do mojego pokoju i czytam je do poduszki, zdarza się również że rozbijają mnie bardziej niż moje ukochane blogaski z onetu (ostatnio znalazłam fanfiction do doktora House’a, o radości!)
Wczoraj przy grzankach padło na kryminał. Polski. Tytuł obiecujący – Miłość i spadek, nie wiedzieć czemu skojarzyło mi się z Chmielewską. Autor płci żeńskiej – znaczy się autorka. To zwykle dobrze robi kryminałom. Na okładce (nawet nie szpetnej) informacja o tym, że książka została nagrodzona w konkursie miesięcznika detektyw na polską powieść kryminalną. Z drugiej części okładki dowiedziałam się, że autorka szanowna jest farmaceutką i że to jej debiut książkowy.
Zasadniczo nic nie zapowiadało nadchodzącej tragedii, dopóki oczywiście nie otworzyłam dzieła.
A teraz będzie cytat:
“To był słoneczny, wiosenny poranek. Pierwszy dzień świąt wielkanocnych. Ewa otworzyła duże, tarasowe okno. Popatrzyła na rozciągający się przed nią widok. Nabrzeże Wisły było całe skąpane w słońcu, a od rzeki wiała delikatna bryza, poruszająca gałązkami ogrodowych drzewek. Widoki z okien domu numer pięć przy ulicy Zielonej w Sandomierzu były szczególnie piękne z dwóch stron.
Od wschodu widać było Wisłę, szeroką aleję spacerową oraz przepływające statki, które oferowały wycieczkę po rzece. Widok powoli płynącej wody działał kojąco.”
Ok, pomyślałam. To początek, może dalej się rozwija. Otworzyłam więc w środku.
” – O kurcze! – zaklął (tam nie było “ę”, tam było “e” – przyp. mój)
Nic z tego. Przypomniał sobie, że do cyrku idzie z nimi Grażyna. Nici z rozmowy. I musi jeszcze wywietrzyć samochód. Pociągnął nosem. Może kupić jakiś odświeżacz o zapachu fiołków. Inaczej znowu Grażyna urządzi mu scenę zazdrości. Zrezygnowany, szybko pojechał do swojego bloku.”
Debiut. To jest debiut.

This is the life

Ostatnio zwrócono mi uwagę (właściwie to Basia zwróciła mi uwagę), że trzymanie na blogu wpisu o sesji we wrześniu jest co najmniej nietaktowne wobec czytelników (nie będących kujonami, które zakańczają sesję w lipcu ;-) ). Wrzesień się co prawda kończy dziś, ale ponieważ zarówno ja jak i ona mamy jeszcze przed sobą łapanie pokemonów i pisanie esejów, postanowiłam coś zmienić.
Notka będzie co prawda żałośnie krótka – moja energia pisarska i nie tylko rozchodzi się ostatnio na sprawy zupełnie z tym blogiem niezwiązane, tym niemniej mam go w pamięci i zamierzam aktualizować od czasu do czasu. Ba, mam w szkicach kawałek tekstu o muzyce, nad którym kminię od… Czerwca? Tak, czerwca.
Wracając jednak (ha, ile znacie osób, które są w stanie polecieć w dygresję w trakcie siedmiu linijek?) do głównego wątku – bo jest taki w tej notce, nie myślcie, że nie – Barbara wylewając frustracje na temat mojego bloga na mój argument, że nie mam czasu na notki blogowe rzuciła tekst następujący (mniej więcej, słowo w słowo Wam nie powtórzę): “No to wrzuć cokolwiek, piosenkę Kazika, COKOLWIEK, byle nie to, ja tam wchodzę i czytam o sesji!”.
Więc piosenka będzie. Wakacyjna wybitnie.
Wakacji w tym roku miałam dwa tygodnie, które spędziłam w Rumunii – no, tydzień spędziłam w Rumunii, drugi w stopie. Nie miałam tam specjalnie kontaktu z cywilizacją albowiem głównie siedziałyśmy w górach, a że Rumuni się swoich gór boją panicznie i turystykę górską mają… Słabo rozwiniętą, to ludzi spotykałyśmy dość rzadko, jednak raz na jakiś czas odczuwałyśmy gwałtowną potrzebę docywilizowania się, pójścia na kawę za dziesięć lei, posiedzenia w kawiarni i podyskutowania na głębokie, intelektualne tematy (albo poczytania Zagadki Błękitnego Ekspresu, której, niestety, nie skończyłyśmy).
W miejscach cywilizowanych są, jak wiadomo radia. Moje przygody z rumuńską muzyką nie są może bardzo szerokim tematem (są jednakowoż barwne; wyobraźcie sobie rumuńskie przeróbki piosenek Queen), ale ich motywem przewodnim jest piosenka This is the life. Gdzie się nie ruszyłyśmy, prędzej czy później pojawiała się tam Amy Macdonald ze swoim, przesympatycznym zresztą kawałkiem. W stopach, w kawiarniach, w recepcji hostelu, w którym spędziłyśmy aż jedną noc, wszędzie.
Mało tego – gdy wróciłam i odkryłam, że mój ukochany dziadek, znany być może niektórym z Was z legend o Najlepszym Mistrzu Gry Jaki Chodził Po Ziemi albo o Człowieku, Który Prowadząc Cthulhu Sprawił, Że Byłam Sztywna Ze Strachu I Bałam Się Odejść Z Nim Od Stołu, zaczął blogowanie (linki macie po prawej, moi drodzy, znajdziecie go pod Dziadek Ciasteczkowy, a o innych legendach, które o nim opowiadam przeczytacie tu i tu), więc kiedy weszłam po powrocie z Rumunii na jego bloga, moim oczom ukazała się notka, która kończyła się właśnie tą piosenką.
Zatem przed Wami Amy Macdonald.

Jestem złą kobietą.
Nie wolno tak igrać z uczuciami innych. Zawsze budziło to we mnie obrzydzenie, zawsze powtarzałam, że udawanie uczucia podczas gdy wcale go nie ma jest najgorszym skurwysyństwem, jakie może istnieć.
A tymczasem proszę. Oto ja, krystalicznie czysta i nieskazitelnie moralna Marta M., robię dokładnie to, co już w liceum budziło we mnie obrzydzenie.
Cóż, od środka sytuacja nigdy nie wygląda tak prosto, jak z zewnątrz, a ja zawsze byłam dobra w niesłuchaniu własnych, rozdawanych hojnie i garściami, dobrych rad.
Pamiętam jak się poznawałyśmy trzy lata temu, nieufne, przestraszone, ciekawe i zafascynowane. Pamiętam długie przygotowania do każdej randki, dobieranie stroju, rozmyślanie nad tym co jej powiem i jak, projektowanie wszystkich możliwych scenariuszy rozmowy – poza, oczywiście, tym jednym, który okazywał się być ostatecznie jedynym prawdziwym.
Chyba obie się wtedy starałyśmy – i tak powinno być w normalnym, zdrowym związku.
Ale czy można nazwać normalnym, zdrowym związkiem ten, w którym jest się jednym z wielu adorowanych na raz partnerów? Można?
No nie w naszej kulturze, powiedziałaby ona. I miałaby rację.
Oczywiście, stara się tak samo o wszystkich, wszystkim poświęca tyle samo uwagi, ale to nie jest to, czego spodziewam się po związku. Ja jednak, mimo wszystko, jestem zatwardziałą monogamistką. I naprawdę ciężko mi jest, kiedy ta druga strona okazuje się być… Cholera, rozwiązłą suką po prostu. I tyle.
I przepraszam bardzo, co z tego, że ona po prostu wszystkich nas kocha tak samo? Przy takiej ilości partnerów popada się w rutynę bez względu na osobiste zaangażowanie, po prostu nie da się inaczej, tak?
A ja tak nie chcę. Ja oczekuję w związku indywidualnego podejścia i może dlatego to uczucie, które niegdyś było tak gorące – słabnie z każdym rokiem coraz bardziej.
I chociaż Sesja robi co może – umawia się ze mną na spotkania, robi awantury, żąda uwagi i prezentów – ja wszystkie te sceny przyjmuję z, mrożącą krew w żyłach nawet mnie, obojętnością. Przychodzę na randki automatycznie, piszę do niej w ostatniej chwili nawet o tym nie myśląc – wkładając we wszystko tylko tyle wysiłku, by nie pogrążyć tego związku ostatecznie.
Czemu jej nie zostawię?
Cóż…

„I’ve grown accustomed to her face.
She almost makes the day begin.
I’ve grown accustomed to the tune that
She whistles night and noon.
Her smiles, her frowns,
Her ups, her downs
Are second nature to me now;
Like breathing out and breathing in.
I was serenely independent and content before we met;
Surely I could always be that way again-
And yet
I’ve grown accustomed to her look;
Accustomed to her voice;
Accustomed to her face.
I’ve grown accustomed to her face.
She almost makes the day begin.
I’m very grateful she’s a woman
And so easy to forget;
Rather like a habit
One can always break-
And yet,
I’ve grown accustomed to her look;
Accustomed to her voice;
Accustomed to her face.”

***
Piosenka, moi drodzy, niewyedukowani w kwestii musicali, czytelnicy, pochodzi z dzieła pod tytułem My Fair Lady, i zasadniczo ma wydźwięk o wiele mniej liryczny od wersji Nata King Cole’a, jednakowoż zmiany w tekście, których dokonał ten miły pan zdecydowanie bardziej pasują mi do treści notki.
Gdybyście jednak chcieli zobaczyć wersję z “damn, damn, damn” na początku (która zasadniczo jest lepsza, ale jak już wspomniałam, nie pasuje mi dziś) to proszę bardzo, chociaż osobiście zalecam zapoznanie się z całym filmem.

Starsze wpisy »