Feeds:
Wpisy
Komentarze

Jestem złą kobietą.
Nie wolno tak igrać z uczuciami innych. Zawsze budziło to we mnie obrzydzenie, zawsze powtarzałam, że udawanie uczucia podczas gdy wcale go nie ma jest najgorszym skurwysyństwem, jakie może istnieć.
A tymczasem proszę. Oto ja, krystalicznie czysta i nieskazitelnie moralna Marta M., robię dokładnie to, co już w liceum budziło we mnie obrzydzenie.
Cóż, od środka sytuacja nigdy nie wygląda tak prosto, jak z zewnątrz, a ja zawsze byłam dobra w niesłuchaniu własnych, rozdawanych hojnie i garściami, dobrych rad.
Pamiętam jak się poznawałyśmy trzy lata temu, nieufne, przestraszone, ciekawe i zafascynowane. Pamiętam długie przygotowania do każdej randki, dobieranie stroju, rozmyślanie nad tym co jej powiem i jak, projektowanie wszystkich możliwych scenariuszy rozmowy – poza, oczywiście, tym jednym, który okazywał się być ostatecznie jedynym prawdziwym.
Chyba obie się wtedy starałyśmy – i tak powinno być w normalnym, zdrowym związku.
Ale czy można nazwać normalnym, zdrowym związkiem ten, w którym jest się jednym z wielu adorowanych na raz partnerów? Można?
No nie w naszej kulturze, powiedziałaby ona. I miałaby rację.
Oczywiście, stara się tak samo o wszystkich, wszystkim poświęca tyle samo uwagi, ale to nie jest to, czego spodziewam się po związku. Ja jednak, mimo wszystko, jestem zatwardziałą monogamistką. I naprawdę ciężko mi jest, kiedy ta druga strona okazuje się być… Cholera, rozwiązłą suką po prostu. I tyle.
I przepraszam bardzo, co z tego, że ona po prostu wszystkich nas kocha tak samo? Przy takiej ilości partnerów popada się w rutynę bez względu na osobiste zaangażowanie, po prostu nie da się inaczej, tak?
A ja tak nie chcę. Ja oczekuję w związku indywidualnego podejścia i może dlatego to uczucie, które niegdyś było tak gorące – słabnie z każdym rokiem coraz bardziej.
I chociaż Sesja robi co może – umawia się ze mną na spotkania, robi awantury, żąda uwagi i prezentów – ja wszystkie te sceny przyjmuję z, mrożącą krew w żyłach nawet mnie, obojętnością. Przychodzę na randki automatycznie, piszę do niej w ostatniej chwili nawet o tym nie myśląc – wkładając we wszystko tylko tyle wysiłku, by nie pogrążyć tego związku ostatecznie.
Czemu jej nie zostawię?
Cóż…

„I’ve grown accustomed to her face.
She almost makes the day begin.
I’ve grown accustomed to the tune that
She whistles night and noon.
Her smiles, her frowns,
Her ups, her downs
Are second nature to me now;
Like breathing out and breathing in.
I was serenely independent and content before we met;
Surely I could always be that way again-
And yet
I’ve grown accustomed to her look;
Accustomed to her voice;
Accustomed to her face.
I’ve grown accustomed to her face.
She almost makes the day begin.
I’m very grateful she’s a woman
And so easy to forget;
Rather like a habit
One can always break-
And yet,
I’ve grown accustomed to her look;
Accustomed to her voice;
Accustomed to her face.”

***
Piosenka, moi drodzy, niewyedukowani w kwestii musicali, czytelnicy, pochodzi z dzieła pod tytułem My Fair Lady, i zasadniczo ma wydźwięk o wiele mniej liryczny od wersji Nata King Cole’a, jednakowoż zmiany w tekście, których dokonał ten miły pan zdecydowanie bardziej pasują mi do treści notki.
Gdybyście jednak chcieli zobaczyć wersję z “damn, damn, damn” na początku (która zasadniczo jest lepsza, ale jak już wspomniałam, nie pasuje mi dziś) to proszę bardzo, chociaż osobiście zalecam zapoznanie się z całym filmem.

WC

Komiksy są drogie (Mat, nie rób min).
Kiedy człowiek czyta książki, zaczyna od biblioteki, tak jest przynajmniej w moim przypadku. To pozwala rozpoznać teren, wyrobić sobie parę opinii, przygotować listę zakupów i tak dalej. W wypadku komiksów sprawa jest utrudniona. Człowiek, który się nie zna nie kupuje asekuracyjnie, bo a nuż wyrzuci pieniądze w błoto, a nie mogę powiedzieć, by były to sumy małe.
Z drugiej znowu strony ten sam nie znający się i z rozdziawioną buzią odkrywający świat obrazków i dymków człowiek chciałby jednak czasem poczytać, choćby po to, żeby nie wypaść z wprawy (wiecie ile zajęło mi nauczenie się, że trzeba patrzeć na obrazki a nie tylko na literki?! do dziś zapominam). Oczywiście, można bawić się w Klątwę Czarnej Perły, ale podstawowy dylemat pozostaje ten sam: co, do licha ciężkiego piracić? W co zainwestować czas i miejsce na dysku (jeszcze rok temu, kiedy pojemność mojego jedynego dysku twardego wynosiła 4GB i jechałam na win98 było to naprawdę poważne pytanie)?
Stojący przed tym dylematem człowiek trafia na webcomicsy. Najpierw trafia na nie nieufnie, no bo posiadając łącze internetowe na pewno już jakieś widział i nie sądzi by te króciutkie żarciki obrazkowe były tym o co chodzi.
A potem odkrywa, że one faktycznie nie są tym o co chodzi, ale też i webcomicsy nie ograniczają się jedynie do trzykadrowych (dobrze mówię?) pasków. Że czasem mają fabułę, ba! Czasem są dobrze rysowane.
Kończy się to folderem z zakładkami do komiksów na każdy dzień tygodnia.
To by było na tyle, jeśli chodzi o historię, bo bynajmniej nie chodzi mi w dzisiejszym wpisie o to by opowiadać Wam o tym jak ze mną i komiksami wygląda sytuacja, choćby dlatego, że nie sądzę by był to specjalnie pasjonujący temat albo żeby było się czym chwalić. Po prostu potrzebowałam wstępu, takiego tła. Rysu historycznego. Kontekstu (brrr).
Po co więc piszę? Ha. Piszę po to, żeby przedstawić Wam moją czołówkę. Złotą ósemkę.
Ale nie nastawiajcie się na wynurzenia domorsłej koneserki. I nie sądźcie, że to będzie miało cokolwiek wspólnego z recenzjami, notkami informacyjnymi i innymi Bardzo Poważnymi Tekstami. Jeszcze mi do końca nie odbiło, żeby takie coś pisać (nie mówiąc już o tym, że nie mam odpowiedniego skilla). Po prostu chcę Wam napisać o tym, co mi się podoba, w sposób zdecydowanie kolokwialny.

Numer 1: Goblins
Moje pierwsze odkrycie. Nie pomnę już kto podesłał mi linka, ale kiedy weń klepnęłam, moja opinia na temat tej osoby zdecydowanie spadła. Oto pod wychwalanym pod niebiosa adresem znalazłam kolejny komiks o dedekach. No halo, ileż można, zapytałam w duchu, ale z braku lepszych zajęć brnęłam dalej. I oto im bardziej się wczytywałam tym większe robiły się moje oczy. Bo Gobliny miały fabułę. Miały bohaterów, do których człowiek się przywiązywał i z których każdy był po prostu, wybaczcie zangielszczenie, awesome.
Wiecie, że można się wzruszyć losami dedekowych goblinów? Wiecie, że mogą one (losy, nie gobliny), trzymać w napięciu? Wiecie, że można serio traktować postać nosząca imię Complains On Names?
Z ciekawostek – człowiek, który robi Goblins, żyje w chwili obecnej jedynie z tego komiksu – ze sprzedaży koszulek, edycji papierowej (tak zwany „dead tree format”), którą o ile się orientuję, drukuje kiedy ma wystarczającą ilość zamówień. Ma żonę, dwójkę dzieci i domek nad kanadyjskim jeziorem.
A, próbka – jeden z moich ulubionych momentów. Taki etno.
Welcome to racism

Numer 2: Bayou
To było dużo później. Natrafiłam na Bayou w linkach jednej z pośledniejszych produkcji, które czytuję, kliknęłam nie pamiętam dlaczego i umarłam.
Rysunki. Ten komiks jest obiektywnie piękny.
Mało tego. On ma dobrą fabułę. Ciężką do zrozumienia, bowiem, jako że komiks jest południowy (w sensie południa USA), to dialogi też są południowe, a nie jestem aż tak „pro” z angielskiego, żeby przebijać się przez to bez problemu, do tego jeden z głównych bohaterów się jąka, co również jest pieczołowicie oddane w dymkach, ale nawet jeśli nie do końca rozumiem wszystko co oni mówią, chciałam powiedzieć, że klimat pierze mózg. Dzisiaj, kiedy aktualizowałam sobie wiedzę o Bayou (znaczy, czytałam to, czego nie przeczytałam wcześniej) przyszło mi do głowy skojarzenie z Alicją w Krainie Czarów. Weźcie więc klimat Alicji, wyobraźcie sobie, że Alicja jest czarna i mieszka na południu USA w latach 30. XX wieku, jej matka nie żyje a ojca zamykają w więzieniu podejrzewając go o skrzywdzenie białej dziewczynki, którą na oczach naszej Alicji połknął był przybysz z Krainy Czarów. No, macie mniej więcej to, o co chodzi.
A, no i Bayou doczekało się wydania papierowego.

Numer 3: Dual
Zostajemy w rejonie Zudy i będziemy tu już prawie do końca, bo to jest najlepsza platforma na jaką dane mi było trafić.
Z Dualem jest mniej więcej to samo co z Goblinami, tylko szybciej. Człowiek otwiera i myśli sobie „acha, kolejne modern fantasy, czy jakkolwiek to zwą”. A potem mniej więcej w okolicach ósmej strony szczęka opada mu w dół, ale nawet tego nie zauważa, bo jest zajęty nie wierzeniem własnym oczom. Potem zbiera szczękę, czyta dalej, oczekując dalszych fajerwerków i… Jest nieźle, ale zaczyna się dochodzić do wniosku, że to na początku było jednorazowym przebłyskiem geniuszu. I kiedy już dojdzie do tego wniosku, szczęka ponownie wędruje w dół.
Podejrzewam, że jest to świadomy zamysł autora.
No i oczywiście bardzo mi się podoba pod względem plastycznym. Nie „obiektywnie” (chociaż z obrazka, którym promuję ten komiks zrobiłam sobie tapetę, która wisiała dłuuugo, dopóki nie doszłam do wniosku, że mimo całej mej do niej miłości białe literki w podpisach ikon na białym tle nie prezentują się dobrze, powiedziałabym wręcz, że nie prezentują się wcale), a pod kątem dopasowania do historii. Ona jest taka… Taka mięsisto – surrealistyczna (i proszę się nie krzywić, tu miało być jeszcze bardziej bufonowate słowo, długo myślałam jak go uniknąć). I te rysunki też są właśnie takie. Mięsisto – surrealistyczne.

Numer 4: I rule the night
Tutaj też szczęka opada w dół, ze względów podobnych co w Dualu: człowiek spodziewa się prostej, nieskomplikowanej, historyjki. O dziecięcym, superbohaterze, tyle, że twórcy wydaje się, że ten dziecięcy superbohater jest taki inny od wszystkich innych dziecięcych superbohaterów.
A potem okazuje się inny.
A potem jeszcze bardziej inny.
A potem jeszcze jeszcze bardziej inny.
A klimat robi się za każdym razem coraz cięższy. Coraz bardziej przerażający i coraz bardziej groteskowy.
To naprawdę jest horror, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Numer 5: Celadore
Tu nie ma zaskoczenia. Chcemy lekkie modern fantasy i mamy lekkie modern fantasy, z wampirami, wilkołakami, czarownicami, wróżkami – zębuszkami, duchami i zaplątanymi w to wszystko dzieciakami z high schoola albo nawet wcześniejszego etapu ichniej (amerykańskiej znaczy) edukacji. Z doskonałymi dialogami, świetnymi postaciami (Evelyn!), fajnym pomysłem, początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Co prawda w chwili obecnej tworzy się nowa część, która urzeka mnie jakoś mniej niż pierwsza, nie zmienia to jednak faktu, że pierwszą mogę polecić z czystym sumieniem każdemu. Czysta rozrywka. Rysunki nieinwazyjne. Znaczy, fajne ale bez szału, jaki jest na przykład w Bayou. I dobrze, bo fajerwerki plastyczne zdecydowanie by do całości nie pasowały.

Numer 6: Melody
The best song in the world, it was the best song in the world…
To samo. Lekkie, przyjemne i z pomysłem. O najpiękniejszej melodii świata. Brzmi podniośle, podniosłe wcale nie jest i przez swój brak podniosłości jest dość celne, bowiem Melody jest między innymi satyrą. Mnie szczerze mówiąc satyra na amerykańskie społeczeństwo niewiele obchodzi, na nasze zresztą też, ale, jak mówię, celności nie można jej odmówić, o dziwno zabawności często również.
Ale zasadniczo w Melody ujął mnie głównie pomysł, bo jest taki, nie wykażę się elokwencją, pomysłowy. No i magnetyczny bohater płci męskiej też. Mnie ujął, a nie jest pomysłowy. Wręcz przeciwnie, nie jest pomysłowy, jest sztampowy, wzorcowy wręcz ale co z tego, skoro ten wzorzec jest zawsze skuteczny?
Rysunki, że się tak wyrażę, kreskówkowe. Uwielbiam kreskówki.

Numer 7: Imaginary Boys
Gdybym miała pogrupować te komiksy, które Wam tu krótko opisuję, Imaginary Boys wrzuciłabym do tego samego worka co Duala i I rule the night. Z tego względu, że to też jest komiks, który zaczyna od schematów dość ogranych (Boże drogi, co to za świat, w którym pośmiertne przygody małej dziewczynki nazywam ogranym schematem), z uczłowieczonymi aniołami i diabłami (jak u Kossakowskiej tylko jakby mniej nudno), wesołą wędrówką po zaświatach i takimi tam, a potem robi łubudu i łamie konwencję, jednocześnie nie łamiąc jej wcale. No i – tak samo jak Dual i I rule the night – łamie pewne tabu, ale w sposób nad wyraz umiejętny, taki, że szczęka opada, a nie taki, że niesmak
Rysunki dobre. Dopasowane do historii.

Numer 8: Count your sheep
Moje kochanie. Moje cudeńko. Moje oczko w głowie. A tititititi.
Count your sheep fabułę posiada luźną i nie jest ona istotna dla odbioru komiksu. Dwukolorowy i prosty. To jeden z tych trzykadrowych komiksów, o których pisałam na początku, ale jest cudowny. Jest celny, podnosi na duchu bez względu na wszystko (no, może ja po prostu jestem ludziem, którego nietrudno podnieść na duchu, ale podejrzewam, że na bardziej opornych też działa), jest uroczy i nawet Basia się w nim zakochała. No i idealnie nadaje się do wrzucania go na pulpit czy w opis na gg, nadrukowywania na koszulkach albo na kubkach i w ogóle umieszczania gdzie się da.
beat the day

I to by było na tyle. Co Wy tu jeszcze robicie? Dalej, czytać!

Godzina 23:40. Lekko licząc. Noc muzeów w białej fabryce. Drugi celtic, czwarty pokaz w ciągu ostatnich czterech godzin. Akcent. Zejść. Odłożyć pochodnię. Wejść za murek. Zdjąć habit. Złożyć habit, potem będzie mniej roboty. Dwa kawałki luzu, wchodzę dopiero pod koniec walkirii.
Mózg tonie w benzynowych oparach, rozpiera mnie energia, chce mi się śmiać, a motylki z brzucha podlatują do gardła i usta też wypełniają. Niebo ładnie wygląda w tym pomarańczowo-fioletowym odcieniu, chwała latarniom ulicznym zań, ale widać gwiazdy, mimo chmur. Chyba jednak nie będzie padać dziś w nocy. Biorąc pod uwagę osmolone ślady, które zostawiliśmy na bezcennych żeliwnych płytkach dziedzińca to wcale nie dobrze.
„Co ci jest”, pyta Marta, widząc jak odchylam się do tyłu by popatrzeć na to niebo, nic, mówię, to chyba benzyna, w końcu czwarty kanister już idzie, wiesz, naprawdę uważam, że te głupawki, które mamy po fire’ach to jest efekt wdychania oparów. A może nie, myślę sobie potem, już w domu, w łóżku pod kołdrą, może to żywioł tak na nas działa, może ta dzika radość z faktu, że tańczysz z ogniem, jak to kosmicznie brzmi, tańczysz z ogniem, ja tańczę z ogniem, ty tańczysz z ogniem, on ona ono tańczy z ogniem. My tańczymy z ogniem, wy tańczycie z ogniem, oni one tańczą z ogniem. Może to jest mistyczne doświadczenie, jego najbliższy nam, agnostycznej młodzieży, ekwiwalent. Jak inaczej wytłumaczyć tę tęsknotę, która chwyta w długie zimowe noce, kiedy marzysz o tym, żeby wdziać kieckę, która więcej odsłania niż zasłania, wziąć katedralki, zamoczyć, odpalić, muzykę usłyszeć i wyjść zrobić młynek na tych świeżo zapalonych pojkach, ogień tuż przed twarzą, chociaż normalnie tego nie robisz, trzeba odczekać aż chociaż trochę przygasną, chyba że masz ochotę stracić rzęsy i brwi.
Zresztą, wszystko jedno dlaczego nie czuję się do końca normalnie, pewnie to mieszanina mistyki i benzyny, ważne, że fire działa silniej niż jakikolwiek alkohol.
Walkirie. Zawiąż mi oczy, zawiąż mi ręce, gdzie jest Klaudia, miała mnie wyprowadzić. Co ona robi, pytam, tańczy, odpowiada mi ktoś. Kurwa mać mówię i tupię nóżką, a kiedy kończy się kawałek, powtarzam ten, jakże uniwersalny, zwrot. W końcu przychodzi. Wyprowadza mnie na scenę, zdejmują mi te opaski, uwielbiam ten moment, nawet jeżeli jesteśmy spóźnione o jakieś trzydzieści sekund, nie zamierzam tego odpuszczać, kiedy otwieram oczy, podnoszę głowę i cała publiczność wlepia wzrok we mnie, a ja patrzę gdzieś poza nich, powoli rozkładam ręce, taki hollywoodzki gest istoty, która przebudziła się po stuleciach snu, bo w sumie takie coś gram w tym przedstawieniu, i widzę w ich twarzach, że dobrze mi idzie, że robię wrażenie i że daję radę. Akcent. Raz dwa trzy kroki do przodu. Stop. Akcent. W prawo zwrot, raz dwa trzy cztery pięć kroków. Daria stoi przy stojaczku ze zgaszonymi skrzydłami i patrzy na mnie bezradnie, oczywiście nie mogła się spieprzyć tylko jedna rzecz, idź je zapal cedzę przez zęby. Leci truchcikiem do świeczki. Bogini, psia jej mać, cholera jasna, kurda do diabła ciężkiego. No nic. Zapala skrzydła. Kręci. Podaje mi. Cztery helikoptery. Obrót. Asynchron, duże kółka do tyłu. Hamuj. Duże kółka przeciwnie do ruchu wskazówek. Fala za głową. I druga, z rozłożeniem. Synchron do przodu, co tu miało być żadna z nas nie pamięta (dwa helikoptery) więc obrót, wracamy. Trzy motyle, duży za głową (motylek za głową, powiedziała Kasia trzy… cztery… albo pięć lat temu w pijanym widzie w Jastarni, moje serce). Szybki synchron do przodu, ósemka, gaśnij, gaśnij, gaśnij. Zgasły. Daria leci po drugie. Nienasączone, już nawet nie bluzgi pojawiają się w mojej głowie, nawet nie wściekłość, bo ja się nie wściekam na scenie, wściekam się kiedy tylko z niej zejdę, a i to rzadko, po prostu biorę te zgaszone skrzydła i tańczę z nimi, jasno jest, światło z muzeum dobiega to i mnie widać, ale dlaczego u licha ci ludzie klaszczą to nie wiem, z litości? Klaudia wchodzi na scenę z nasączonymi skrzydłami. Zgaszonymi. Ciekawe co niby mam z nimi zrobić i dlaczego ona jest w sukience dziewczęcia ze wsi, co? Koniec. Łączka. Daria tym razem pamięta, żeby stać z tyłu sceny i prawie pamięta, żeby pokazać mi Szufladkę. Nic to. Schodzę. Namaczam skrzydła. Wchodzę z powrotem, śledząc Szufladkę, nie odrywając wzroku. Akcent. Maciek się odpala. Ja się odpalam. Kręcę. Schodzę. Odkładając uprzednio płonące skrzydła do kuwetki, żeby nie naruszyć cennego, tkanego w średniowieczu przez uzbeckich górali żeliwa, którym wyłożon jest dziedziniec.
Dwa kawałki spokoju, mogę pomyśleć nad tym co zrobię Klaudii kiedy już skończymy. I wojna. Nafta w ustach. Dwie pary nasączonych skrzydeł w rękach. Start. Sieknąć skrzydłem Maćka i Szufladkę. Wyrwać Darii pochodnię. Splunąć. Laski z głowy. Odłożyć skrzydła. Pójść po drugie. Odpalić, nie będę przecież udawała, że mnie nie ma.
Czy wiesz że…
Czy wiesz że można przez dziesięć sekund trzymać palce w płomieniu i nawet się nie zorientować? Można, patrz: o, szlag, parzą, trzeba pomachać, bo płomień idzie za wysoko, to i macham, a one nic, parzą dalej. Drugi raz, nic. Znaczy, coś jest nie tak. Patrzę na lewą rękę i oto zagadka rozwiązana, palce trzymam w płonących uchwytach, musiały wpaść do benzyny, uchwyty, nie palce. Rzucam skrzydło, trudno, z jednym będę tańczyła. Ciach, Gutek. Ciach, Jacek. Trochę jak kosa teraz to wygląda, może zawsze będę tańczyć na koniec z jednym, a może to wpływ Córki łupieżcy i niezwykle sugestywnej wizji błękitnego kosiarza, ciach, Maciek, ciach Antek, wszyscy nie żyją. Kiedyś wybuchnę w tym momencie demonicznym śmiechem, akcent komediowy będzie.
Dzwony. Rozglądam się po pobojowisku. Dziewczyny martwe, chłopcy martwi, przechadzam się między trupami i schodzę. Odłożyć skrzydło. I ukłony. Ja, dziewczyny, chłopaki, Szuflada z Maćkiem, ja, wszyscy, kto wymyślał tę kolejność. Oklaski trwają, wszyscy jeszcze raz? No dobrze. To wszyscy jeszcze raz i schodzimy. Oklaski trwają, Bio wypada na scenę i harcuje, niech ma, technicznym był, też mu się coś od życia należy i tym czymś okazują się bardzo żywe oklaski, to my też wracamy, ale zamiast pokłonić się, harcujemy, kręcimy się w kółko, tańczymy i śmiejemy, to ta benzyna, ta adrenalina i ten żywioł, który jeszcze chwilę temu partnerował nam w tańcu, koniec kawałka, kłaniamy się znowu, wszyscy. Klaszczą ładnie, znaczy, że mimo wszystkich niedociągnięć poszło dobrze. Zbieramy sprzęt. Zanosimy do garderoby, wchodzimy w cywilne ciuchy. Zastanawiam się czy zmyć makijaż, ale tak naprawdę tylko udaję, bo wiem, że go nie zmyję, bo uwielbiam jeździć w makijażu po mieście. Wsiadam więc na rower z oczodołami pokrytymi czarną farbą, z równie czarnym dziwacznym wzorem na prawej połowie twarzy. Bluza na grzbiet, kaptur na głowę, dupa na rower, słuchawki w uszy (While my guitar gently weeps, wersja z Across the universe oczywiście, a nie oryginalna) i jadę z Czerwonej na Retkińską. Marta, postrach Łodzi.
I to jest mój ulubiony moment – wpół do pierwszej w nocy. Centrum miasta. I ja w tym demonicznym makijażu i tej czarnej bluzie i ludzie, którzy się za mną oglądają, zdziwione grymasy, przestraszone grymasy, zniesmaczone grymasy, a mnie to nawet niespecjalnie obchodzi (no, może trochę, może dziką frajdę mi to sprawia, kiedy przemykam jak duch obok tych trzech dziewczyn i na pół sekundy odwracam do nich twarz, a oczy tej pierwszej rozszerzają się), bo All you need is love, też wersja z Across the Universe, bo ja zasadniczo nie za Beatlesami przepadam a za tym filmem i jego ścieżką dźwiękową. I kiedy przekroczysz już pewien próg dziwności, jest ci już wszystko jedno więc Retkińska, na której i tak nikogo nie ma i mogę sobie śpiewać z Niną Simone, You people can watch while Im scrubbing these floors, and Im scrubbin the floors while youre gawking, maybe once ya tip me and it makes ya feel swell, in this crummy southern town, in this crummy old hotel i szlag już furtka i koniec tego dobrego. Napić się, włączyć komputer, pocztę sprawdzić, ach te nałogi. Kąpiel, nie przejmujcie się, że woda i gąbka są czarne to tylko sadza z farbą, a makijaż i tak oczywiście nie zszedł do końca, nie za pierwszym razem, i spać.
I dlaczego budzę się o czwartej skoro położyłam się o drugiej nie wiem, ale skoro już leżę to obmyślam ten tekst, bo on nie jest spontaniczny i nieprzemyślany, nie nie, wygląda co prawda zupełnie inaczej niż się spodziewałam, ale jeśli myślicie, że czytacie strumień świadomości, to powiem wam, że dzieci w waszym wieku już wiedzieć powinny, że jest to technika, która nie istnieje, typ idealny, a najtrudniejsze numery to te, które wyglądają na improwizowane. I zasypiam z powrotem, a następnego ranka, dziesiąta dziewiętnaście, jak po imprezie, resztki makijażu na twarzy, kapeć w ustach (ach, nafta), ból głowy, a dziś wieczorem kolejny fire. Mój clubbing.
A kiedy w końcu wyrzucą mnie ze studiów to pójdę do cyrku, bo to zawsze chciałam robić w życiu i jaki piękny jest fakt, mimo wszystkich swych wad, że właśnie to robię.
I jak widać dzisiaj bez sensu, bez morału i bez cytatów, bo mogę, bo taki miałam kaprys i to mój blog, nawet jeśli Mat mi mówi jak ma wyglądać. I bo benzyna mi wciąż w głowie huczy.

Notka o zupełnie czym innym mi się szykuje, nawet ze dwie, jeśli mam być szczerą, ale czuję wewnętrzną potrzebę obwieszczenia światu, że mój panteon rozszerzył się po raz kolejny.
Kurde, po prostu na to spójrzcie. Po prostu to przeczytajcie.
“Osiągnęła zatem sukces: z głuchym tąpnięciem, w huraganach gorących i zimnych, pachnących i cuchnących wiatrów, na jej obłąkańczy krzyk – odmieniały się nieba nad Miastem, pojawiały się i znikały słońca, księżyce, gwiazdy, astronomicznej wielkości sztuczne konstrukcje, nadhoryzontalne geometrie lodu, kamienia i tajemnych tworzyw cywilizacji umarłych przed milionami lat.
Za pierwszym razem, balansując na krawędzi depresji i już przykładając do nadgarstka ostry jak brzytwa ułamek ulicznego witraża, przecwałowała tak na grzbiecie Miasta przez tuzin planet, pół tuzina miejst planetami nie będących; do rytmu przeszywającego uszy lamentu rozpościerały się przed nią straszne krajobrazy wszechświata, jeden zastępujący drugi. Ula zaisnęła powieki, zatkała sobie uszy. Dłoń z kryształem drżała, wciskając poszarpane ostrze głębiej w skórę. Czy rzeczywiście byłaby zdolna podciąć sobie żyły? Cóż, na tym ta gra polega: gdyby to nie działo się naprawdę, gdyby Zuzanna tylko udawała, klejnot nie miałby czego wzmacniać. Taka jest różnica między przygodą a lsnem o przygodzie.”
Jacek “przeintelektualizowany” Dukaj, “Córka łupieżcy”
Przepiękna jest ta książka. Pod kątem czysto plastycznym. A trzeba wam wiedzieć, że ja nigdy nie lubiłam opisów.
Ją też zresztą zawdzięczam naszej siostrze wraz z mężem, można powiedzieć, że na otarcie łez po Yarze (faktycznie, kontrast potęguje efekt; nie wyobrażacie sobie jak fajnie jest zanurzyć się w takich opisach po cholernym pluszowym smoku, kruczorudych włosach, tonięciu po kolana, i tych wszystkich do bólu prostych i nieskomplikowanych zdaniach, po tych słowach trywialnych przerzucić się na wieże, kryształy, witraże, światła, dymy i ażury Miasta). I mam ją. Na własność. Moją “Córkę łupieżcy”. I nie oddam.

Boże drogi. Ależ się z tym męczyłam.
Są na świecie ludzie, którzy cierpią na dziwaczną przypadłość – nie są w stanie porzucić książki w połowie. Kiedy zaczną – kończą. Zawsze. Nieważne jaka to chała. Nieważne jak przy tym cierpią. Nieważne jak bardzo nie po polsku potem mówią. Kończą.
Ja nie należę do tych ludzi, mam inne schorzenie – uwielbiam czytać złe rzeczy. Fanfiki o Harrym Potterze na przykład. Albo o twilighcie, ostatnio strasznie się ich namnożyło. Niezastąpiony w dostarczaniu takich treści jest onet – jeśli szukacie prawdziwej hały, to tam. Pierwsza klasa, serio. Nie sądziłam, że ludzie w ogóle są w stanie coś takiego wymyślić.
Wracając jednak do jarania – niedawno mieliśmy przyjemność gościć u siebie naszą siostrę wraz z mężem, którzy cierpią na pierwszą z opisanych przeze mnie chorób, natomiast druga jest im całkowicie obca – nie lubią złych książek. Ponieważ oboje siedzą dość mocno w fantastyce, rozmowa nie raz i nie dwa zeszła właśnie na lyteraturę. W trakcie jednej z takich rozmów padł tytuł, który – niestety – zapamiętam do końca życia.
Śmierć magów z Yara. Eugeniusz Dębski.
Mówili o tym jako o najgorszej książce jaką czytali – dziele chyba pozbawionym korekty i napisanym zupełnie nie po polsku, więc od razu się zapaliłam, a szalę przeważyło zdanie wypowiedziane przez małżonka mej siostry. Brzmiało ono „Marta, widziałaś kiedyś człowieka o kruczorudych włosach?”.
Stwierdziłam, że muszę to przeczytać, więc dostarczono mi dzieło.
Chryste Panie. Widzicie, nie mogłam rzucić tego w kąt, bo te… Te sępy mnie pilnowały, wierne zasadzie „chciałaś – masz”. Kiedy wieczorem zbliżałam się do łóżeczka, przy którym leżała Yara, zbierało mi się na mdłości. Ale brnęłam. Po dziesięć, dwadzieścia stron dziennie – brnęłam.
Myślałby kto, że będąc na trzecim roku studiów humanistycznych przyzwyczaiłam się już do niestrawnych i źle napisanych lektur. A figa.
Gdyby to chociaż miało wartką akcję – wszystko bym przebolała, baboli nie było aż tak dużo („obcięli mu język i uszy, wyłupili oczy, odcięli palce i połowę stóp, ale na szczęście spotkał człowieka, którego żona była z jego plemienia, więc znała język i udało im się jakoś dogadać a potem narysował mapę” – parafraza, ale serio, serio, pojawiła się tam taka opowieść), język mniej więcej tak lekki jak kamienie młyńskie też bym przełknęła z dziką frajdą („tonął po kolana w tiliach” – tilie, moi drodzy, to szczury, które mieszkały w ślimaku, do którego wjechał nasz bohater), głupota też bardzo poprawia mi humor, ale to było po prostu nudne.
Zasadniczo chodzi o to, że król uzbrojony w kawałek magicznego miecza jedzie do straszliwej krainy Yara, gdzie mieszkają magowie. Których trzeba pokonać. Bo są źli. Magów jest trzech – pierwszy, najsłabszy, taki cienias, który ukradł innym magom sztuczki, drugi, który jest już prawdziwym magiem i trzeci – mega boss.
Podchody pod pierwszego trwają pół książki, walka z nim ze trzy strony. Zatrzymuje czas, rzuca fireballe i w ogóle wymiata.
Dotarcie i pozbycie się drugiego to już kwestia jedynie – o ile dobrze szacuję – trzydziestu stron, walka trwa chyba jedną.
Walka z trzecim, najpotężniejszym magiem trwa, uwaga… Trzy zdania. Wcale nie wielokrotnie złożone.
I to na tyle jeśli chodzi o fabułę. Znaczy, król zdobywa paru przyjaciół, z którymi idzie i czasem wypadają na nich tak zwane random encountery. I wszyscy są dzielni i odważni. A jeden to nawet ginie, ups spojler.
W trakcie tej niesamowicie wciągającej i wartkiej fabuły dostajemy: kilka zdań urwanych w połowie, tonięcie po kolana w szczurach mieszkających w ślimaku, mega szczelne worki, w których można zamknąć wydychane przez siebie powietrze i oddychać nim przez cały wypełniony toksynami tunel, psy wskakujące na konie i im podobne atrakcje. A, i prolog i epilog, które nie mają z treścią nic wspólnego. Nie, serio. Nic. Zero. To nie jest tak, że przesadzam.
A kiedy już przebrniemy przez wszystko, nadchodzi bonusowe opowiadanie. A w nim…
W nim kobieta o kruczorudych włosach. To nie mit. Widziałam to słowo na własne oczy. Kruczorude. Kru-czo-ru-de.
Potem zamieniła się w smoka. O pastelowych, futrzastych łuskach.
Tak. Futrzastych łuskach. Czy wy wiecie jak to jest zobaczyć oczami wyobraźni smoka o pastelowych, futrzastych łuskach?
Po opowiadaniu był fragment drugiej części tego dzieła. Mimo całkiem obiecującego tytułu („Wyprawa gwiezdnego szamana: zemsta magów z Yara”) odpuściłam.
Ale Julka i tak obiecała mi to przywieźć następnym razem.
To by było na tyle. Po prostu musiałam wyrzucić to z siebie.
Powiedzieć światu jak bezgranicznie beznadziejna jest ta książka. Ostrzec.
Nie yarajcie Yary. Nigdy.

Odrobina prywaty

Tak się składa, że jeden z mych braci jest uzdolniony plastycznie, a do tego świeżo po filmie i komiksie na literkę “W”. Składa się również tak, że przy robieniu pisanek w naszej rodzinie odchodzą, jak to się mówi, niezłe jazdy (w tym roku powstała scenka z jajek, w której udział brały: pisanka Kraken, pisanka Davy Jones, pisanka morze, pisanka Latający Holender i pisanka pozytywka). W związku z tymi jazdami Maciej – tak bowiem brat ów ma na imię popełnił dzieła, które Wam z okazji świąt zaprezentuję.

rorschach-1

Poznajecie?
Nie?
No to podpowiedź.

rorschach-2

Teraz już poznaliście, ale to nie koniec, albowiem…

dr-manhattan

Niestety, jajko z Doktorem Manhattanem nie jest w oryginale niebieskie, jest… Jajkowate. Ale od czego jest Photoshop.
Cóż, wesołych świąt.
I smacznego jajka, hehehe.

Nudy ciąg dalszy

Hurra. Wymieniłam konwent na pisanie notek na blogu. O, radości. Iskro Bogów.
W każdym razie, ponieważ nadal jestem znudzona i desperacko poszukuję jakiegoś sensownego, kreatywnego a jednocześnie nie wymagającego ode mnie wspinania się na wyżyny mych możliwości intelektualnych zajęcia, postanowiłam napisać coś jeszcze, no bo czemu nie.
Wywnętrzę się więc, jeśli pozwolicie (a jak niby moglibyście mi zabronić, ha), po raz ostatni na temat Strażników a właściwie mówienia o Strażnikach. W sumie temat na topie.

Ponieważ, jak wiadomo, mam skłonność do niezwykle rozwlekłych wstępów, w których rozpisuję się nad tym dlaczego piszę o tym, o czym piszę, pozwolę sobie rzec, że notka zasponsorowana jest przez dwa główne czynniki. Pierwszym z nich – tym, który doprowadził mnie do wniosków, z którymi przy odrobinie szczęścia dziś Was zapoznam, był wiadomy film o wiadomym tytule, znaczy się ci nieszczęśni “Watchmen. Strażnicy”. No bo czego by o nich nie mówić, na pewno odświeżyli temat.

Tak więc obejrzałam film, porozmyślałam, pokminiłam i porozgryzałam i doszłam do wniosków. Wnioski zasadniczo zachowałam dla siebie, bo tak. No, podzieliłam się nimi z jedną dziewczyną, która właśnie katowała komiks (MÓJ komiks katowała, w Krakowie, od września, nawet nie wiedziałam, że tak się przywiązałam do widoku tych trzech czarno-żółtych grzbietów na półce, ale czegóż się nie robi dla przyjaciół, prawda?). I wnioski pozostałyby pewnie moje i tylko moje gdyby nie Borys (link link) i jego pomysły na jubiełuszową (tak, ja wiem, jak to się powinno pisać) notkę. Borys bowiem, jak się już zapewne domyślacie został drugą inspiracją, to znaczy powodem dla którego pisać będę o tym komiksie a nie o, dajmy na to Firefly (bo obejrzałam niedawno) albo o tym, że paskudną pogodę dziś mamy albo o tym, jak bardzo musi wkurzać osoby mieszkające ze mną mój zwyczaj słuchania jednej piosenki w kółko albo o małych kotach (mam małe koty!) albo o czymkolwiek innym.

No. Więc wracając do rzeczy, było w moim życiu kilka momentów, kiedy próbowałam wyartykułować z siebie coś o Strażnikach i kilka – trzy chyba, jeśli mam być konkretna – kiedy słuchałam, jak robią to inni, artykułują znaczy. I cóż, za każdym razem na koniec, a czasem i w trakcie czułam pewien niesmak i niedosyt. Ba, udało mi się nawet skasować całą notkę (obdarzoną taaaaakim odkrywczym tytułem) o Strażnikach i zostawić jeno cytat i krótki komentarz, dlatego, że notka była bez sensu.

Bo wiecie, wszystko co mówi się o Strażnikach jest w gruncie rzeczy bez sensu. To jest tak, że jeżeli ktoś przeczytał, to wie. Nie trzeba nic mówić o tej, jak jej tam “zegarmistrzowskiej precyzji”, “dekonstrukcji mitu superbohatera” i tym podobnych, choćby dlatego, że takie krótkie hasła nie oddają komiksowi sprawiedliwości i nigdy jej nie oddadzą.

Są, owszem, tacy co przeczytali i nie są zachwyceni (wiem o tym, ale nigdy tego nie zrozumiem, że tak sobie sparafrazuję jednego autora), ale przekonywanie ich też nie ma sensu. Przykro mi, ale jeżeli komiks nie obronił się sam, to mi (bez urazy, ale wam też) ta sztuka się na pewno nie uda.

Są jeszcze ci, co nie czytali. No i czy jest sens mówić im cokolwiek poza “stary (albo stara) przeczytaj”? Czy zacytowanie tej cholernej zegarmistrzowskiej precyzji cokolwiek im powie? No przecież że nie, bo nie zakumają. Nawet jeśli będą myśleli, że zakumali to nie zakumają dopóki nie skończą.

Dlatego postanowiłam nie mówić i nie pisać o Strażnikach (i chyba dlatego, chociaż zdecydowanie mniej świadomie, nie bardzo robiłam to wcześniej). Mogę mówić o mówieniu o Strażnikach, o filmie, o reakcjach na ten komiks, o różnego rodzaju odpryskach – aczkolwiek niechętnie – ale o tych trzech książeczkach z czarno-żółtymi grzbietami ani słowa. Nie o wszystkich dobrych rzeczach trzeba mówić, albowiem (uwaga, morał) w wypadku najlepszych słowa są absolutnie zbędne.
No i skończyłam.

Albo jeszcze, skoro wspomniałam o odpryskach (odtwarzacie na własną odpowiedzialność, ja nuciłam ten kawałek przez chyba tydzień, to naprawdę była trauma)

Tak. Nudzi mi się. Dość potężnie.
W każdym razie, nauczona bolesnymi doświadczeniami, o których niedawno pisałam śpieszę powiedzieć, że winą za to, co jest na górze można obarczać tylko mnie, bowiem ze zdjęciem bazowym to ma, powiedzmy sobie, niewiele wspólnego.
Hej. Chyba nie liczyliście na notkę z sensem, prawda?

4 girls only

Nie, serio panowie, możecie już przestać czytać, bo i tak, jak to mawiają moi bracia a ja za nimi, nie skumacie.

Życie prowadzi człowieka po różnych literackich ścieżkach – bo i jest tych ścieżek mnóstwo. Jacyś Strugaccy, jakieś lepsze i gorsze cykle fantasy, jakieś horrory, jakieś dziewiętnastowieczne kryminały, klasyki i hały, ta ostatnia para czasem w wersji wash&go, dwa w jednym. Romanse i thillery. Powieści historyczne. Dzienniki. Listy. Powieści przygodowe. Fantastyka i realizm. Przyjemne czytadła i, ahem, “ambitna literatura”.

Ale poza tym wszystkim, a nawet ponad tym wszystkim jest opoka. Skała, której nic nigdy nie ruszy. Czasem się o niej zapomina. Czasem myśli się, że się wyrosło. Ale tak naprawdę zawsze w końcu się wraca.
Wraca się do Małgorzaty Musierowiczi jej Jeżycjady. A Jeżycjada pozostaje na zawsze niezmienna, bezpieczna, pozytywna i pod każdym względem perfekcyjna.
Amen.

“Kiedy weszła Łusia, bardzo się ucieszył.
- Jak dobrze, że jesteś! – powiedział żarliwie. – Dzięki!
- Bardzo to miłe – odrzekła ona łaskawie. – Wszelako podziękowania należą się raczej rodzicom.”
M. Musierowicz “Sprężyna”

Wstyd

Zawstydziłam się dzisiaj straszliwie.

Zawstydziłam się gdyż albowiem ponieważ niejaka Agnieszka wyraziła pogląd jakobym była autorką obrazka, który widać w nagłówku.

Spieszę więc powiedzieć, że jeśli chodzi o zdolności manualno-plastyczne, mam się za łamagę a to śliczne, urocze stworzenie na górze strony zostało stworzone przez Arthura Rackhama, człowieka, który rysował naprawdę przepiękne ilustracje do bajek dla dzieci i nie tylko.  Zresztą, sami zobaczcie:

Powinnam była zaznaczyć to wcześniej, ale cóż, błądzić jest rzeczą ludzką.

Starsze wpisy »