Wyszedł wakacyjno - podróżniczy wpis. Poniekąd.

czerwiec 24, 2008 at 7:20 pm (Uncategorized) (, , , , , , , )

To było tak zwane the pick of destiny.
Znaczy właściwie to tylko destiny, tym niemniej jednak the pick of destiny jest bardziej cool, bo pokazuje jakie zabawne filmy oglądam.
Bo wieciee, najgorszy z moich graczy założył był blogaska (kolejnego), którego zresztą pozwolę sobie zalinkować (http://humanquirk.wordpress.com/), bo może wtedy on mojego zalinkuje. No i wśród różnych bardziej i mniej udanych notek (coby być miłą dodam, że o dziwo częściej są bardziej niż mniej udane) Bartuś umieszcza również teksty piosenek, których słucha i linki do ich jutjubowych manifestacji.
I dziś klikłam se w jednego z linków owych.
Zanim jednak przejdę dalej dodam również, iż zdobyłam się dziś na wysiłek heroiczny i zrobiłam porządek w szafce, do której wrzucałam dość długo rzeczy, których nie chciałam wyrzucać a nie było co z nimi uczynić.
Łojezusieńku, czego tam nie było. Że rysunki z tego okresu mojego życia, do którego nie przyznaję się już (ależ jestem tajemnicza, czyż nie?) to wiedziałam, ale, do licha, laysowe karty z Władcy Pierścieni?!
Obliczyłam, ze muszą mieć z sześć lat. Tak przynajmniej wnioskuję z ilości Frodów w talii. Jest ich sporo, a we Frodzie kochałam się tylko do drugiej części.

Dobrze, powiem, powiem. W drugiej kochałam się w Legolasie.
Ale miałam czternaście lat.
I szybko przerzuciłam się na Jacka Wróbla, co jak wiadomo oznaką dojrzałości emocjonalnej jest.
Schodząc jednak z tematu ideałów męskości, jakkolwiek ciekawy by nie był (a jest), przypomniały mi się upojne czasy gimnazjum (dobrze, że nie zaczęłam czytać moich kochanych pamiętniczków), a potem znalazłam konspekt mojej prezentacji maturalnej oraz kartę cytatów (dzięki czemu mogłam sobie w końcu przypomnieć jaki doładnie miałam teat, a to ważne, bo długo nad nim myślałam). I kiedy ową kartę znalazłam, weszłam sobie na Bartusiowego blogaska, na którym znalazłam link do piosenki Rammsteina, a konkretnie do którejś z balladek z płytki Rosenrot…
Którą to płytką sztachałyśmy się z Bogusławą niejaką będąc w klasie maturalnej.
Jak to się dziwnie wszystko plecie, czyż nie?
I to by było na tyle, jeżeli chodzi o morał z dzisiejszej, długiej niezwykle notki. Głęboki jest bardzo, uważam, ale gdyby głębia jego nie wystarczała Wam do szczęścia, pozwolę sobie uraczyć Was niektórymi cytatami, którymi raczyłam komisję maturalną na mojej ustnej dwa lata temu, ku frustracji znienawidzonej pani Lewandowicz…
Nie, zasłonę milczenia spuśćmy na panią Lewandowicz i moje honorowe dziewiętnaście punktów (aaa, 19, Mroczna Wieża, aaaa) i przejdźmy do mądrości nie moich:

“Nie ma czegoś takiego jak szczęśliwe zakończenia. Nigdy nie spotkałem żadnego, które mogłoby się równać z “pewnego razu”"
Stephem Kinng, “Mroczna Wieża VII: Mroczna Wieża”
Miałam kiedyś znajomego, który wyśmiewał ten tytuł. Nie jest  to powód, dla którego nie jest już moim znajomym, jednakowoż zanim się skomentuje, warto wiedzieć, że już się nie lubimy.

“Jutro można umrzeć od kuli na ulicy, bo policjant może strzelić do ciebie, dlatego, że nie rozumiesz języka guarani albo ktoś może cię zakuć nożem w którejś cantina, dlatego, że nie mówisz po hiszpańsku i milczysz jakbyś zadzierał nosa. Na przyszły tydzień, kiedy już będziemy mieli naszą dakotę, może ona rozbije się z tobą nad Argentyną.”
Graham Greene, “Podróże z moją ciotką”
To na górze to agrumenty, które tytułowa ciotka przytoczyła, by przekonać swego siostrzeńca by został z nią w Ameryce Południowej, a konkretnie, jak życie w tejże Ameryce będzie wyglądało.
Siostrzeniec się zgodził, co przypomina mi - a myślałam, że będzie krótka notka, naprawdę jestem równie rozczarowana fatem, że się wydłuża, jak Wy - że się zakochałam.

Moi rodzice chyba uważali, że nie ma książek nie nadających się dla dzieci. Odkąd więc nauczyłam się czytać, czytałam to, co uważali, a właściwie mamusia uważała, za dobre - bez względu na to czy nadawało się dla ośmioetniej dziewczynki czy też nie.
Wśród owych dobrych rzeczy była między innymi - jakżeby inaczej - klasyka fantastyki, a przynajmniej to, co dziś się za klasykę uznaje.
Być może dlatego jestem nieco, jak mówi jedno z moich ulubionych słów, zryta.
Nie dawajcie swoim córkom “Mówcy umarłych” zanim skończą dwanaście lat.
Nieświadomym - bo wiem, że wśród moich niezwykle licznych czytelników tacy, a właściwie takie są - wyjaśniam, że “Mówca umarłch” to druga część powieści “Gra Endera” autorstwa niejakiego Orsona Scotta Carda. Rzeczony Mówca Uwarłych niewiele swej pierwszej części ustępuje w jakości, ba - całkiem jest etnologiczny w swej wymowie - natomiast w pierwszym czy drugim rozdziale ukazuje dość drastyczny szok kulturowy w postaci dość sympatycznego bohatera (do którego, jao dziecko siedmio- czy ośmio- letnie zdążyłam się już przywiązać, no bo przecież skoro ktoś jest istotny bardzo przez pierwsze dwadzieścia tron książki, to znaczy, że dalej również będzie istotny) , więc w postaci dość sympatycznego bohatera rozczłonkowanego przez zamieszkującą planetę rasę kosmitów - całkiem przyjaznych i przyjemnych kosmitów zresztą. Nie można powiedzieć, by opis był delikatny czy aluzyjny.
Wracając jednak do sedna, bardzo się zdziwiłam, że jako dziecię karmione Leguminami (dla nieświadomych - jedną z ważniejszych autorek SF jest niejaka Ursula LeGuin), Lemami i innymi Asimovami odkryłam Strugackich dopiero teraz i to też tylko dlatego, że niejaka Mon (dziewczyna, z którą dobry kontakt miałam tylko w gimnazjum, więc cały czas zasadiczo poniekąd pozostajemy w temacie powrotu do przeszłości i sentymentów) nie bardzo wiedziała co mi kupić, więc zainwestowała w książkę Borysa i Arkadija.
Znaczy, nie zrozumcie mnie źle - ja doskonale zdawałam sobie sprawę z faktu, iż Strugaccy istnieją i poczesne miejsce w panteonie zajmują, tym niemniej jednak jakoś do dwudziestych urodzin swych po nich nie sięgnęłam…
I dobrze, bo “Miliarda lat przed końcem świata” Nie zrozumiałabym mając lat osiem, dziesięć, dwanaście czy nawet piętnaście.
No, może z piętnastoma przesadzam.
Tym niemniej jest to jedna z najlepszych i najbardziej ambitnych książek, jakie czytałam w ciągu ostatniego…
Nie wiem, odkąd przeczytałam “Długie pożegnanie”, pisałam o nim, archiwum macie z lewej albo z prawej strony, jeśli chcecie sprawdzić ile miesięcy upłynęło odkąd czytałam równie dobrą książkę - zapraszam
W każdym wypadku “Miliard lat przed końcem świata” przyszedł mi na myśl w związku z “Podróżami z moją ciotką” nie bez przyczyny. Przyczynę zaraz Wam wypiszę i będzie to chyba koniec na dziś:
“Powiedziano mi, że ta droga zaprowadzi mnie do oceanu śmierci, zawróciłem zatem w pół drogi. I odtąd ciągle widzę przed sobą tylko ślepe, kręte ścieżki prowadzące do nikąd”

Odnośnik Brak komentarzy

Nadal o Kazimierzu

czerwiec 15, 2008 at 4:17 pm (Uncategorized) (, )

Jeżeli, drogi czytelniku, jesteś osobą, która mnie zna skądinąd niż jeno z blogaska tego, to wiesz, czemu powstaje ta notka, gdyż chyba wszyscy moi znajomi (no, poza jedną osobą, ale to przypadek specjalny) wiedzą, jak bardzo cierpię z powodu konieczności uczenia się filozofii i z powodu iż do egzaminu pozostało mi, w momencie gdy to piszę, dwadzieścia godzin, które właśnie marnotrawię na pisanie notek na blogaska, postów na forum i tym podobne bzdury.
Generalnie pomysłów na notkę miałam w ostatnich dniach sporo, ale w tym momencie pamiętam jeden, który właśnie mi gra w pokoju obok. To znaczy nie gra, ale zaraz go włączę i będzie to czynił.
(poszła załączyć płytę)
No i już. Song o Alabamie brzmi mi w uszętach, nie wiem czy będę w stanie w obliczu tego skupić się na pisaniu, ale spróbuję.
Zwłaszcza, że Kazimierz jeszcze nie śpiewa.
W każdym wypadku notka będzie trochę o piractwie (ale nadal nie z Karaibów, Karaiby nadal czekają na swoją kolej i chyba jeszcze trochę poczekają) i trochę o Kazimierzu, który coraz istotniejszą pozycję w mym skromnym rankingu wybitnych artystów zajmuje, co zresztą zauważam wyraźnie w moim obecnym sposobie pisania.
W każdym wypadku jako że niedawno pożegnałam się ze swoją nastoletniością i stałam się dumną dwudziestolatką, odczułam nagły przypływ gotówki. W związku z rzeczonym i z sesją, w trakcie której od czasu do czasu odczuwam intensywną potrzebę pocieszenia się (na przykład po kole z logiki, które spieprzyłam koncertowo, jeśli to kogoś z Was obchodzi), częściej niż zwykle dokonuję zakupów w Empiku. Celem owych zakupów stały się - cóż za marnotrastwo - między innymi dwie płyty, na obu śpiewa Kazimierz. Na jednej z nich jako wokalista Kultu, na drugiej jako onże sam. Jedna nazywa się Your Eyes druga nosi malowniczy tytuł Melodie Kurta Weilla i coś ponadto.
Wiecie, generalnie jestem posiadaczką stałego łącza z internetem. Właściwie to posiadaczami tegoż są moi rodzice, ale wiadomo o co chodzi. W każdym razie jako użytkowniczka stałego łącza rzadko kupuję muzykę. Filmy też. Jednakowoż jeżeli mam jakiegoś ulubieńca - a mam ich dwóch, czyli Kazimierza oraz Serjego Tankiana, zawsze sobie obiecuję, że kupię ich płyty w oryginale, w końcu okradać ludzi, których się podziwia tak łyso trochę.
Nie są to jedyne obietnice, które sobie składam i które łamię (pamiętajmy o filozofii), tym razem jednak dotrzymałam sobie słowa i te dwie płytki kupiłam.
I w związku z tym stwierdziłam po pierwsze, że nie artystów okradałam. Siebie okradałam. Jednak płyta z książeczką i obrazkiem, kolejnością utworów odpowiednią i całą resztą stanowi zupełnie odrębną jakość niż zbiór piosenek ściągnięty z neta. Ma taki wymiar… Materialny. A to, jak uczą mnie w tej głupiej szkole, ważne jest.
Oczywiście za refleksją nie idzie jakaś ogromna ilość działań, nowsze płyty Systemu nadal kosztują jakieś osiem dych i nadal jest to za dużo jak na moją korepetytorsko - studencką kieszeń. Tym niemniej odczułam burżujską potrzebę posiadania półki z cdkami.
Druga rzecz, na jaką wpadłam rozkoszując się Melodiami Kurta Weilla i czymś ponadto, to to, że, kurde, przestaliśmy słuchać muzyki. No, przynajmniej większość moich znajomych zwykle słucha muzyki przy okazji. Nawet ja nie słucham w tym momencie całą sobą pieśni, w której mackie prosi wszystkich o przebaczenie (choć trudno mi się naprawdę teraz skupić, kiedy Kazimierz śpiewa, że kto miał chciwy, pożądliwy wzrok poczuje jak mu oko kruk wyrywa, tym okiem na wiszące spojrzy sadło i swego ścierwa będzie brzydził się… no) tylko pieśń leci sobie a ja piszę. Przesłuchałam tę płytę raz tak jak należy i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że krzywdzę kogoś albo coś, kiedy się na niej nie skupiam.
Więc może dla odmiany się skupię (jasne jasne) i zaprzestanę pisaniny jak na razie.
A, i jeszcze kupiłam sobie felietony Kazika na dodatek, więc jestem zindoktrynowana absolutnie, karmię się Kazikiem, oddycham nim chwilowo, więc nie należy brać niczego, co mówię lub piszę poważnie.
A teraz już serio zakończę, muszę tylko wybrać jakiś chwytliwy kawałek, żeby wam wkleić jego tekścik. W tym momencie leci kobieta żołnierza, ale chyba Mackie pójdzie, albo pieśń o Salomonie.
Tak, dzisiejszy wpis sponsoruje Mackie. Znaczy się końcówka Pieśni, w której Mackie prosi wszystkich o przebaczenie. Aktorsko jest niesamowita, naprawdę naprawdę.
Słuchajcie Kazika dzieci.

Dziewczyny tak żałośnie tanie,
Że kurwiąc się na chleb nie macie.
I wy, wytworne, dumne panie,
Co mężów do nich posyłacie.
Wyrzutki, męty wszelkiej maści,
Złodzieje, zbiry żądne krwi,
Z szaletów miejskich pederaści,
Was proszę też: przebaczcie mi.

A wy, przeklęte sukinsyny,
W mundury strojni, zbrojni w pały,
Wy, których bohaterskie czyny
Tak wielu wolność odebrały,
Wy też żyjecie dzięki zbrodni,
Z was także sprawiedliwość drwi,
Jesteście do mnie tak podobni,
Więc, proszę was: przebaczcie mi.
Żelazny, ciężki młot niech owszem skruszy
Stwardniałe serca oraz tępe łby -
Wyrzucić chcę was całkiem z mojej duszy,
Lecz póki czas przebaczcie mi.

Odnośnik Brak komentarzy

Punkowe stroje

maj 31, 2008 at 2:22 pm (Uncategorized) (, , , )

Miałam sobie napisać (w końcu) o tym, dlaczego kocham Piratów z Karaibów.
Ale nie napiszę.
Nie napiszę, ponieważ wczoraj byłam na koncercie Kultu.
Można to uznać za dowód wyższości muzyki nad kinematografią, ale ja skłaniam się raczej ku temu, że chodzi o to, że koncert był wczoraj a nawet dzisiaj (po północy zaczęli) i wrażenia są świeższe oraz potrzeba większa.
Oczywiście już wszyscy wiedzą, a jak nie wiedzą to się dowiedzą, że Kazik musiał przerwać koncert, że nie wrócił na scenę i że poszło instrumentalnie i w ogóle w ogóle, ale ja nie o tym.
Znaczy się, koncert był świetny, wyjątkowy i chłopaki naprawdę dali radę i pokazali, że nie samym Kazikiem Kult żyje, tym niemniej.
Jest taka piosenka, którą dość często grają na koncertach a której nie mam nagranej w domu, więc tekst znałam jedynie ze słuchu… A więc, nie oszukujmy się, nienajlepiej.
A że piosenka przyczepna jest strasznie, to tekst ten dziś znalazłam w celu by sobie go zaśpiewać wraz z youtubem, gdyż mam potworną manierę śpiewania razem z tym co właśnie mi gra. Jest to zresztą powód, dla którego nie należy ze mną oglądać musicali, które już znam, że tak zdygresjonuję.
Więc znalazłam tę piosenkę i chciałam powiedzieć, że nie „Polska” jest najważniejszym kawałkiem Kultu, choćby była nie wiem jak kultowa i doprowadzała do nie wiem jakiej ekstazy (a doprowadza, doprowadza).
Nie Celina, nie Baranek, nie ukochana moja na wieki Śmierć poety (aka muzyczny orgazm). Nie. Najważniejszą piosenką Kultu, która mówi o nas, chodzących na koncerty, o mnie, z moim fałszywym buntem (bo czy studiując antropologię, orientując się trochę w yym jak i dlaczego społeczeństwo działa w ten a nie inny sposób można naprawdę buntować się przeciwko systemowi?) jest TDK Kaseta

Siedzicie w waszych uczelniach
Siedzicie w akademiach
Siedzicie przy długich stołach
Mówicie o tym, co wiecie

Mówicie: Klasyka
Klasyka, klasyka
Klasyka, klasyka
Przychodzi, odchodzi

Yeah, klasyka
Klasyka, klasyka
Klasyka, klasyka
Przychodzi, odchodzi

Yeah, klasyka
Klasyka, klasyka
Klasyka, klasyka
Przychodzi, odchodzi

Yeah, klasyka
Klasyka, klasyka
Klasyka, klasyka
Przychodzi, odchodzi

Siedzicie w środku ogrodzeń
I każdy z was jest śledzony
Wam dali punkowe stroje
Abyście czuli się wolni

Mówicie: Kaseta
Kaseta, kaseta
Kaseta, kaseta
Hej punk rock, ha ha ha ha ha

Kaseta
Kaseta, kaseta
Kaseta, kaseta
Hej… hej, TDK

Wam dali punkowe stroje
Abyście czuli się wolni
A wszystko system uczynił
A wy jesteście nie-wolni

Mówicie: Kaseta
Kaseta, kaseta
Kaseta, kaseta
Hej punk rock, ha ha ha ha ha

Kaseta
Kaseta, kaseta
Kaseta, kaseta
Hej… hej, TDK

Odnośnik Liczba komentarzy: 2

O Ani

maj 12, 2008 at 2:51 pm (Uncategorized) (, , , )

Ostatnio w ramach rozwoju intelektualnego i rozszerzania horyzontów czytam literaturę dla dzieci. Wiecie, “Tajemniczy opiekun”, Bracia Lwie serce”, “Patty”, “Jana ze Wzgórza Latarni”, “Przyjaciel wesołego diabła” i tak dalej. No i ostatnio odświeżyłam Anię z Zielonego Wzgórza.
Kiedy wracam do książek i filmów, które czytałam albo oglądałam jako dziecko, zwykle przeywam lekki szok, bo zaczynam rozumieć jak wielki wpływ miały czasem na moje życie, na mój odbiór różnych postaci, na to jak czasem tworzę różne postaci, jaki mam albo miałam system wartości… Na naprawdę wiele rzeczy. Przy Ani również ten szok przeżyłam, ale uderzyło mnie w niej coś innego. No bo patrzcie:
“- (…) Życie moje jest prawdziwym cmentarzem nadziei. Przeczytałam kiedyś to zdanie w jednej z książek i odtąd pocieszam się nim, ile razy doznaję jakiegoś rozczarowania.
- Chciałabym wiedzieć, co stanowi tę pociechę? - rzekła Maryla.
- To, że wyrazy te brzmią romantycznie i elegancko, jak gdybym była bohaterką jakiejś powieści. Szalenie lubię wszystko, co romantyczne, a cmentarz pogrzebanych nadziei jest chyba czymś najbardziej romantycznym… Prawie że rada jestem, iż go posiadam.”

Coś świta? To spójrzcie jeszcze na to:

” - (…) Kordelia, przypuszczając, że są same, pchnęła Geraldinę do wody, śmiejąc się szyderczo >>Cha, cha, cha!<< Tymczasem Bertram, znajdujący się w pobliżu, spostrzegł to i rzucił się w fale wołając: >>Uratuję cię, moja niezrównana Geraldino!<< Niestety jednak, zapomniał, że nie umiał pływać i utonęli oboje, trzymając się mocno w objęciach. Wkrótce potem fale wyrzuciły ich ciała na brzeg. Zostali pochowani we wspólnym grobie, a pogrzeb ich był wyjątkowo wspaniały, Diano. Uważam, iż daleko romantyczniej jest zakończyć powieść pogrzebem niż weselem.”

Od teraz w każdej emo dziewczynce i w każdej autorce opowiadanio - bloga będę widziała Anię z Zielonego Wzgórza.
Ludzie się nie zmieniają.

Odnośnik Liczba komentarzy: 3

Anxiety

kwiecień 28, 2008 at 6:04 pm (Uncategorized)

I oto wracam po długiej, nie da się ukryć, nieobecności. Wychodzi, że pisanie blogaska jednak mnie mimo całego zawartego w tej czynności, a właściwie w tej działalności, ekshibicjonizmu, mnie nie kręci. Może dlatego, że wrodzona przyzwoitość i coś w rodzaju… Nie wiem, zdrowego rozsądku? Instynktu samozachowawczego? Nie ważne co to, w każdym razie nie jestem ekshibicjonistką do tego stopnia, żebyście naprawdę wiedzieli co się ze mną dzieje, a przecież o to właśnie w ekshibicjonizmie chodzi, czyż nie?

Cóż, może właśnie dlatego pisanie blogaska mnie nie kręci, może po prostu mi się nie chciało, nie wiem, w każdym wypadku, jak wspomniałam i jak zauważyliście, zauważycie właściwie, jeśli spojrzeć na sprawę z mojego punktu widzenia, wróciłam i znów wpadam w słowotok i pułapkę zdań zbyt złożonych, tudzież zbyt wielu przecinków. Może więc przestanę, bo w zasadzie w tej, ahem, notce, miało nie być moich słów. A przynajmniej miało być ich niewiele, tymczasem jest ich całkiem sporo, odnoszę wrażenie.

Cóż, nigdy nie miałam problemu z wyrobieniem minimalnej ilości słów w szkolnych wypracowaniach. Zaczynam się zastanawiać czy to aby na pewno dobrze, bo być może kogoś zanudzam, ale w końcu czytacie to z własnej nieprzymuszonej woli, nawet jeśli jesteście tylko niewinnymi ofiarami googli, które przypadkiem wypluły tę stronę.

Dobra, wrzucę te lyricsy, jak to mawia mój brat i może się zamknę.

Panie i Panowie - Black Eyed Peas (tak! dobrze przeczytaliście) - Anxiety

I feel like I wanna smack somebody
Turn around and bitch slap somebody (bitch)
But I ain’t goin’ out bro (no, no, no)
I ain’t givin’ into it (no, no, no)
Anxieties bash my mind in
Terrorizing my soul like Bin Laden
But I ain’t fallin’ down bro (no, no, no)
I won’t lose control bro (no, no, no)
Shackle and chained
My soul feels stained
I can’t explain got an itch on my brain
Lately my whole aim is to maintain
And regain control of my mainframe
My bloods boiling its beatin’ out propane
My train of thoughts more like a runaway train
I’m in a fast car drivin’ in a fast lane
In the rain and I’m might just hydroplane

I don’t fear none of my enemies
And I don’t fear bullets from Uzis
I’ve been dealing with something thats worse than these
That’ll make you fall to your knees and thats the
The anxiety the sane and the insane rivalry
Paranoias brought me to my knees
Lord please please please
Take away my anxiety
The sane and the insane rivalry
Paranoias brought me to my knees
Lord please please please
Take away my anxiety

My head keeps running away my brother
The only thing making me stay my brother
But I won’t give into it bro (no, no, no)
Gotta get myself back now
God, I can’t let my mind be
Tell my enemy is my own
Gots to find my inner wealth
Gots to hold up my thoughts
I can’t get caught (no, no, no)
I can’t give into it now (no, no, no)
Emotions are trapped set on lock
Got my brain stuck goin through the motions
Only I know what’s up
I’m filled up with pain
Tryin’ to gain my sanity
Everywhere I turn its a dead end infront of me
With nowhere to go gotta shake this anxiety
Got me feelin’ strange paranoia took over me
And its weighin’ me down
And I can’t run any longer, yo
Knees to the ground

I don’t fear none of my enemies
And I don’t fear bullets from Uzis
I’ve been dealing with something thats worse than these
That’ll make you fall to your knees and thats my
My anxiety the sane and the insane rivalry
Paranoias brought me to my knees
Lord please please please
Take away my anxiety
The sane and the insane rivalry
Paranoias brought me to my knees
Lord please please please
Take away my anxiety

I don’t fear none of my enemies
And I don’t fear bullets from Uzis
I’ve been dealing with something thats worse than these
That’ll make you fall to your knees and thats the
The anxiety the sane and the insane rivalry
Paranoias brought me to my knees
Lord please please please
Take away my anxiety
The sane and the insane rivalry
Paranoias brought me to my knees
Lord please please please
Take away my anxiety

Uwielbiam ten kawałek.

Odnośnik Brak komentarzy

“Ladies and gentelman, may I have your attention, p-lease!”

luty 28, 2008 at 10:33 pm (Uncategorized)

„The mystery of the world, my pet
Is learn forgivness and try to forget!”
Powiedział i kilka sekund później wrzucił ją do pieca. Słusznie zresztą, bo to zła kobieta była. Jedna z najbardziej złych jakie widziałam.
Istnieją filmy – na mojej liście niedługo będą już dwa takie – które są bombami z opóźnionym zapłonem. W trakcie oglądania nie robią na człowieku większego wrażenia, a przynajmniej nie takiego, jakiego się spodziewał. Mogą być niezłe, ale nie są olśnieniami na miarę Upiora w Operze, Piratów z Karaibów czy innych takich. Nie wglapiasz się w ekran z zachwytem. Nie dajesz się porwać i wciągnąć. Jest parę dobrych momentów, a i owszem, ale są również momenty, kiedy myślisz o końcu filmu z pewną nadzieją a wręcz tęsknotą.
Wychodzisz z kina, prowadzisz długą rozmowę na temat filmu i aktorów w autobusie linii dziewięćdziesiąt dziewięć, ewentualnie piszesz posta o dziele na jakimś forum i wracasz do życia.
Ale one wracają.
Labirynt Fauna dopada mnie w najbardziej niespodziewanych momentach. Powiem wam, że wcale mi się nie podobał, kiedy go oglądałam. No, może nie wcale (choć teraz nie jestem obiektywna, bo on wraca i nauczyłam się go doceniać), ale uważałam, że jest w nim za dużo napięcia. Nie lubię ciężkich rzeczy, możecie mnie nazwać płytką i głupią, ale nie lubię.
Ale on wraca, jak powiedziałam. Czy to dlatego, że scenografię ma żywcem wyjętą z mojej głowy, z świata małej Martusi kształtowanego przez nie do końca realistyczne a wręcz lekko psychodeliczne ilustracje z baśni braci Grimm (wydanie z szachownicą na okładce, moi drodzy, nie dawajcie go dzieciom, bo im się we łbach poprzewraca) i Alicji w Krainie Czarów (nie wiem jakie wydanie, ale ilustracje zamąciły mi w głowie, choć nie podobały mi się gdy miałam pięć lat, a może właśnie dlatego) czy po prostu jest to dobry film – nie wiem, podejrzewam to pierwsze.
Tak czy inaczej, Labiryntowi Fauna przygotowanie się do kontrataku zajęło ładnych kilka miesięcy. Sweeney Todd nie czekał tak długo. Żeby być z wami szczerą, muszę powiedzieć, że czekał kilka – może kilkanaście – godzin.
Wyszłam z kina zadowolona, bynajmniej nie rozczarowana ale również nie zachwycona. Coś mi nie grało – prawdopodobnie był to Tobby. Tobby nie gra mi nadal i uważam, że ten, kto stworzył jego wątek był podłym, pozbawionym odpowiedzialności gnojkiem.
Tym niemniej jednak film mi się podobał – umiarkowanie, ale jednak. Następnie zdobyłam soundtrack… I soundtrack mnie rozbił. Strzelił pięścią w twarz, a kiedy wylądowałam na podłodze skopał po żebrach.
Może nieco przesadzam, ale mam fazę na takie barwne personifikacje ostatnio, prawdopodobnie przez „W cieniu płonących świec” – moją ostatnią lekturę, o której później.
Nie płakałam na filmie. Miałam łzy w oczach, tak, miałam, oczywiście nie w tym momencie, który stworzony jest by się na nim rozkleić, ale ja ogólnie dziwna jestem. A słuchając soundtracku ryczałam jak bóbr.
Oczywiście wiem skąd się to wzięło – kiedy ogląda się film po raz pierwszy Tobby, śpiewający pani Lovett „Nothing’s gonna hurt you” jest tylko trochę wzruszającym małym chłopcem. Kiedy zna się całą fabułę i całą otoczkę ten kawałek naiera zupełnie nowego znaczenia, które sprawia, że się rozklejam. Taka już moja miękka natura, nic nie poradzę, płaczę na niektórych filmach, z Titanikiem włącznie, lubię komedie romantyczne, a moment w którym Richard Gere w Preety Woman zmierza do Julii Roberts po schodach przeciwpożarowych z kwiatami i parasolem zawsze mnie rusza.
Jednak nie Tobby sprawił, że Sweeney chyba w końcu wpisze się do kategorii bardziej lub mniej opóźnionych zapłonów. Nie wiem, co to sprawiło, nie wiem nawet jak wam, moi, hipotetyczni i nie, czytelnicy, opisać to dziwne uczucie, kiedy przed oczami staje mi scena z filmu i nie wygląda jakbym ją kiedyś widziała a tak, jakby mi się przyśniła. Z Labiryntem Fauna sprawa jest jasna, nic dziwnego że mam do niego tak osobisty stosunek, skoro moje dzieciństwo wypełnione było niezwykle wysokimi i smukłymi krzesłami na które nie sposób wejść bez naprawdę długiej drabiny, szachownicowymi posadzkami, zniekształconymi humanoidami i rytuałami z udziałem krwi i mleka (to akurat zawdzięczam wpływowi dzieła „Willow”, które obejrzałam po raz pierwszy w wieku sześciu miesięcy ponoć).
Dlaczego jednak Sweeney Todd tak działa – nie wiem. Może zresztą działa inaczej. Ale w zasadzie mogłam się spodziewać, że jeżeli mój ulubiony reżyser robi film, który reprezentuje mój ulubiony gatunek, z moim ulubionym aktorem w roli głównej i w jednym z moich ulubionych klimatów (przykro mi, lubię wiktoriańską Anglię), to nie skończy się filmem niezłym, choćbym nawet myślała tak wychodząc z kina po zakończonym o nieprzyzwoicie późnej porze seansie.
Jezu, piszę „Cieniem płonących świec”. Mogłam się spodziewać, ma strasznie zaraźliwy język – ja nim nie tylko piszę, ja nim myślę, w sumie w moim wypadku wychodzi na to samo. Tym niemniej jednak stare przysłowie pszczół mówi, żeby nie mieszać, więc o Cieniu płonących świec innym razem wspomnę albo i nie.

Odnośnik 1 komentarz

Who will watch the watchmen?

styczeń 18, 2008 at 12:41 pm (Uncategorized)

“”Heard joke once:
Man goes to a doctor. Says he’s depressed. Says life seems harsh and cruel. Says he feels all alone in a threatening world where what lies ahead is vague and uncertain. Doctor says “Treatment is simple. Great clown Padliacci is in town tonight. Go and see him. That should pick you up.” Man bursts into tears. Says “But doctor… I am Pagliacci”"

Edit z dziewiętnastego: nad cytatem była notka. Ale była bez sensu.

Skończyłam Watchmen dwa dni temu. Mózg lasuje się nadal. Nie wiem czy przestanie.

Odnośnik Liczba komentarzy: 3

Tytuł? Jaki tytuł?

styczeń 15, 2008 at 12:01 przed południem (Uncategorized)

Świat, w którym stoi Wieża poszedł naprzód. It moved on, mówią w oryginale. Jest wiele oznak, tego, że poszedł naprzód i że się sypie, i jedną z nich jest to, że strony świata nie zawsze są tam, gdzie były.
Jakiś czas temu stwierdziłam, że I used to be a smart girl, apparently it got boring, że tak lansiarskim językiem zarzucę.
I w związku z tym, że bycie mądrą dziewczynką okazało się nudne, nie łapałam zupełnie co jest takiego przerażającego w przemieszczaniu się stron świata. Rany, przecież to tylko nazwy.

Ostatnio mój brat stał się posiadaczem całkiem niezłego kompasu (przemilczę sposób, w jaki wszedł w posiadanie tego przedmiotu, powiem tylko, że, jako że zawsze nie znosiłam geografii, wcale nie żałuję, że sala poświęcona temu przedmiotowi coś straciła).
No i odkryłam, że urządzenie trochę wariuje w obecności telefonu komórkowego.
Przecież tych rzeczy jest mnóstwo!
Gdzie jest północ?

To nie był głęboki wpis.
To był wpis z serii “muszę napisać esej na czwartek a mam ochotę pisać wszystko co nim nie jest”.

Odnośnik Brak komentarzy

RPGów czar…

grudzień 21, 2007 at 12:50 pm (Uncategorized)

14:22:59 Erulaos
Przysługiwały ci jeszcze trzy dni czarowania.
14:23:06 Erulaos
A nie, dwa.
14:23:27 charleene
Ale umarłam
Poniekąd
Prawie
14:24:51 Erulaos
Troo.
14:25:01 Erulaos
Wiń autorów.
14:25:44 charleene
o moją prawie śmierć?;>
14:26:37 Erulaos
O to że nie mogłaś przez nią rzucać czarów.
;]
14:26:39 charleene
A nie Ciebie i golema z ciał?
14:27:46 Erulaos
Golem z ciał zabrał ci duszę.
14:27:33 charleene
Ostatnio twierdziłeś że przez golema nie mogłam czarować
14:27:46 charleene
a moja dusza zniknęła kiedy umarłam
14:28:45 Erulaos
Owszem, bo wychodziło na to, że bez duszy nie dało się czarować.
14:29:27 Erulaos
Uhm, o ile dobrze to rozegrałem, to pozostali nie wyczuwali obecności twojej duszy tylko życia w tobie.
14:29:40 Erulaos
WoD jest aż tak mroczny że między jednym a drugim jest różnica.
14:29:19 charleene
Ale powiedziałeś że jeszcze dwa dni i bym czarowała
14:29:28 charleene
i to był czasowy efekt oczu golema
14:30:10 Erulaos
Nie, że czarowałabyś przez dwa dni.
Nigdy, powtarzam NIGDY
(a to jest “słowo, którego słucha Bóg, kiedy chce się pośmiać”)
nie znudzą mi się takie rozmowy

Odnośnik Liczba komentarzy: 2

Mądrość o życiu

grudzień 8, 2007 at 11:34 pm (Uncategorized)

Zaprawdę, życie nasze przypomina regulowanie temperatury wody pod prysznicem lub w wannie. Najpierw odkręcasz “letnią” żeby nie poleciał na ciebie wrzątek. Potem okazuje się, że letnia jest za zimna, więc idziesz w stronę ciepłej, ale że woda nie reaguje od razu idziesz za daleko i po chwili (w trakcie której osiągasz na moment optymalną temperaturę) leci wrzątek. Odkręcasz więc zimną, jednakowoż woda nadal nie chce reagować od razu, odkręcasz więc zimną do skutku, osiągasz optymalną temperaturę i po chwili leci zimna. No to odkręcasz ciepłą i fortuna się kołem nie toczy, fortuna się toczy owocem czyli w koło Macieju.

To było przemyślenie z wanny. Dziękuję za uwagę.

Odnośnik Liczba komentarzy: 2

« Poprzednie wpisy