Mocno pamiętnikarsko dzisiaj będzie i – jak można się domyślić po tytule – trochę erpegowo. Ale tylko trochę, bo, doprawdy, to nie erpegi zaprzątają ostatnio moją krótko ostrzyżoną główkę.
Moją krótko ostrzyżoną główkę zaprząta bowiem musical.
Pisałam już, że zostałam reżyserem Mistrza i Małgorzaty bo nie umiałam nic konkretnego.
Może grzeszę w tym momencie fałszywą skromnością, skromnością na pokaz, pychą wręcz, która każe mi stawiać się ponad moimi towarzyszami broni za pomocą tego zdania, które głosi wszem i wobec „nie chwalę się i nie pozuję na profesjonalistkę”, ale jest w tym pewna prawda. Nie piszę wierszem – a chciałam, żeby to było wierszem, po prostu ze względu na to, że wątpiłam w możliwości pamięciowe aktorów – których – tylko – mglista – sugestia – majaczyła – na – horyzoncie (innymi słowy „aktorów, których jeszcze nie było), więc nie piszę wierszem na tyle sprawnie, by napisać cały scenariusz i być z siebie zadowoloną, moja edukacja muzyczna była co prawda całkiem rozbuchana w podstawówce, ale na tym się skończyło, tańca z ogniem nie można w żadnym wypadku uznać za rzecz uprawniającą do zajmowania się choreografią (może można by było, gdyby nie to, że trafiła nam się profesjonalna choreografka), a moje umiejętności plastyczne pozostawiają wiele do życzenia. Każdej z tych dziedzin dotknęłam w życiu, ale w większości wypadków były to lekkie otarcia. I w ten sposób, będąc osobą kompletnie pozbawioną kompetencji do zajmowania się jakąś jedną specjalizacją, a bardzo mocno związaną z projektem, zajęłam się reżyserią.
Szczerze mówiąc, miałam naprawdę blade pojęcie o tym, jak reżyserowanie powinno wyglądać, a że niespecjalnie miałam kogo się poradzić, musiałam sięgać do swoich przeczuć, zdrowego rozsądku i doświadczeń z całego mojego – niespecjalnie długiego w końcu – życia. Analizowałam to nie raz i nie dwa – sytuacja jest w końcu przedziwna, bo, może znowu sobie pochlebiam, rzadko się chyba zdarza, że ktoś jest wrzucony na aż tak głęboką wodę (asystent reżysera – rozumiem, luz, ale reżyser?! Trwającego ponad dwie godziny przedstawienia, w którym jest ponad dwudziestka aktorów, muzyka, taniec, śpiew, światła i scenografia?!) – analizowałam więc i doszłam do wniosku, że były trzy filary, na których się oparłam – i o jednym chcę dzisiejszej bezsennej nocy napisać.
Zaczęłam grać w erpegie mając lat czternaście, ale pięciu lat potrzebowałam, by zorientować się, że najlepsze sesje, najfajniejsze klimaty, najlepsze sceny i rozwiązania fabularne powstają wtedy, kiedy oddaje się inwencję graczom. Kiedy Mistrz Gry tworzy jedynie świat, lokacje i NPCów, wrzucając w to graczy i po prostu pozwalając im działać.
Oczywiście, w teatrze sytuacja jest inna – aktorzy nie mają się bawić w odkrywanie i tworzenie opowieści, ona jest już stworzona, wszyscy z góry znają scenariusz i wiedzą jak to wszystko się skończy. Teatr to takie RPG w drugą stronę – na sesji zaczynamy z gotowymi postaciami i odkrywamy albo tworzymy historię, a robiąc spektakl zaczynamy z gotową historią, ale nic nie wiemy o postaciach.
Naprawdę, nic. Pierwszą wielką niespodzianką – szczęśliwie nastąpiła zanim zaczęłam prowadzić próby, albo na samym początku ich prowadzenia – było to, że scenariusz jest zagadką. Macie dialogi i didaskalia, czyli tylko zachowanie postaci w danych sytuacjach, zero uczuć, i musicie z nich wyciągnąć ile się da o granym bohaterze. I, tak jak w erpegu (wzorcowym) – Mistrz Gry ogólnie kojarzy postaci, ale to gracze wiedzą, jak ich postaci się w różnych sytuacjach zachowują. MG rzuca ogólny klimat, resztę dopełniają gracze. A czasem – im bardziej zaangażowani gracze, tym częściej – to nie MG wpada na świetny pomysł na akcję a właśnie gracze, którzy siedzą w historii po uszy i po prostu czują – a nie wiedzą – jak to ma być.
I tak samo, jak w RPG, punktujemy odwagę. Wolimy graczy aktywnych i myślących od nieaktywnych i przestraszonych, przyglądających się innym. A najbardziej lubimy drużyny, które grają na siebie, podrzucają sobie klimaty, usuwają się w cień, kiedy widzą, że właśnie nadeszło pięć minut dla któregoś z bohaterów, budują interakcje, drużyny, w których gracze myślą o czymś innym niż to, że ich własna postać musi wypaść zajebiście i nie ma w ogóle opcji by zniknęła choć na chwilę.
Rolą reżysera jest zrobić z aktorów taką erpegową drużynkę. Rolą MG, swoją drogą, również jest zrobić z graczy taką erpegową drużynkę, bo sami tego nie zrobią.
Kolejną kwestią wpływającą na zajebistość tak sesji jak i przygotowywanej sceny jest atmosfera w trakcie opowiadania historii. Absolutnie nie nerwowa, ale niezupełnie luźna – luźna atmosfera na sesji sprawia, że gracze zamiast zajmować się graniem, rozmawiają o, powiedzmy Soul Reaverze albo oglądają filmiki na youtube. Osobiście tego nienawidzę, ale z dwojga złego lepsze to niż zgraja obrażonych na świat i mistrza ludzi, którzy siedzą w pokoju tylko z łaski i po to, by nie popsuć innym zabawy.
Prowadząc dla pięciu, czasem sześciu osób – dla niektórych z nas było to jedyne spotkanie w tygodniu – pogodziłam się z tym, że nie ma opcji, żeby sesja zaczęła się w momencie, kiedy już wszyscy się zejdą. Trzeba skończyć partię Jungle’a, którą zaczęło się w oczekiwaniu na spóźnialskich, wymienić ploty i żarty, załatwić kwestie kompletnie niezwiązane, znaleźć kości, podręczniki i karty (moja zmora, z reguły karty postaci mieszkają u mnie i nigdy nie wiem gdzie są), przypomnieć sobie, co było ostatnio i wreszcie zacząć. I nic się nie poradzi. Wojskowy dryl to nie jest coś, co dobrze działa na ludzi, nad którymi władzę masz tylko na podstawie, nienawidzę tego określenia, umowy społecznej. Być może dlatego to, że próby zawsze mają poślizg niespecjalnie robiło na mnie wrażenie.
Dobry reżyser jest więc, myślę sobie, jak dobry Mistrz Gry – tworzy warunki do opowieści. Robi atmosferę i ogólny szkic, pilnuje, żeby drużyna była drużyną, a potem wpuszcza aktorów i dba, by mieli przyjemność z tego, co robią – albo modli się, by mieli przyjemność z tego, co robią, albo przynajmniej czuli się w obowiązku ją mieć. Monitoruje ich działania i stara się nie przeszkadzać. Więc przychodziłam na te próby, szkicowałam – czasem mocniej, czasem lżej, zależało to, przyznaję, tylko od ilości czasu, który poświęciłam scenie, nie od wyczucia – i tu też jest tak samo, jak z sesją, im dłużej przygotowujesz tę cholerną lokację, im bardziej jest szczegółowa, tym bardziej żyje w trakcie i tym dłużej ją potem pamiętają – i na naszkicowany plac zabaw wpuszczałam aktorów. Jasne, że czasem rzucałam sugestie, jasne, że dochodziło do starć (rzadko), ale w gruncie rzeczy chodziło o to, o co chodzi przy każdym projekcie, który ma mieć sens – o dobrą zabawę. Naprawdę, może jestem gówniara, może mam dwadzieścia jeden lat i może wyda się wam to naiwne, ale głęboko wierzę w to, że bez przyjemności nie powstanie nic wartościowego. Dlatego nie zajmuję się w życiu rzeczami, które mi przyjemności nie sprawiają.
Erpegi dały mi więc ogólną podstawę sposobu pracy. I nie ma się z czego śmiać, nie miałam innego punktu zaczepienia.
Jasne, są reżyserzy – ciągle się o nich słyszy – którzy trzymają wszystko twardą ręką, warczą, dają po mordzie i dążą do zrealizowania swojej wizji, i może, jeśli zostanę w tym biznesie, po jakichś trzystu, czterystu historiach będę tak robić, ale do licha, będąc takim żółtodziobem, że bardziej się nie da, nie mogłam polegać tylko na sobie – musiałam się oprzeć na wszystkich, których miałam pod ręką. I jak teraz na to patrzę, myślę, że jest to świetny sposób – bo co dwie głowy to, kurde, nie jedna.
Drugą rzeczą, która pomogła mi w robieniu tego przedstawienia była moja – odrzucona w tym momencie w kąt, wzgardzona i stojąca pod znakiem zapytania – antropologia, ale o tym może w następnym odcinku.