Wyszedł wakacyjno - podróżniczy wpis. Poniekąd.
To było tak zwane the pick of destiny.
Znaczy właściwie to tylko destiny, tym niemniej jednak the pick of destiny jest bardziej cool, bo pokazuje jakie zabawne filmy oglądam.
Bo wieciee, najgorszy z moich graczy założył był blogaska (kolejnego), którego zresztą pozwolę sobie zalinkować (http://humanquirk.wordpress.com/), bo może wtedy on mojego zalinkuje. No i wśród różnych bardziej i mniej udanych notek (coby być miłą dodam, że o dziwo częściej są bardziej niż mniej udane) Bartuś umieszcza również teksty piosenek, których słucha i linki do ich jutjubowych manifestacji.
I dziś klikłam se w jednego z linków owych.
Zanim jednak przejdę dalej dodam również, iż zdobyłam się dziś na wysiłek heroiczny i zrobiłam porządek w szafce, do której wrzucałam dość długo rzeczy, których nie chciałam wyrzucać a nie było co z nimi uczynić.
Łojezusieńku, czego tam nie było. Że rysunki z tego okresu mojego życia, do którego nie przyznaję się już (ależ jestem tajemnicza, czyż nie?) to wiedziałam, ale, do licha, laysowe karty z Władcy Pierścieni?!
Obliczyłam, ze muszą mieć z sześć lat. Tak przynajmniej wnioskuję z ilości Frodów w talii. Jest ich sporo, a we Frodzie kochałam się tylko do drugiej części.
…
Dobrze, powiem, powiem. W drugiej kochałam się w Legolasie.
Ale miałam czternaście lat.
I szybko przerzuciłam się na Jacka Wróbla, co jak wiadomo oznaką dojrzałości emocjonalnej jest.
Schodząc jednak z tematu ideałów męskości, jakkolwiek ciekawy by nie był (a jest), przypomniały mi się upojne czasy gimnazjum (dobrze, że nie zaczęłam czytać moich kochanych pamiętniczków), a potem znalazłam konspekt mojej prezentacji maturalnej oraz kartę cytatów (dzięki czemu mogłam sobie w końcu przypomnieć jaki doładnie miałam teat, a to ważne, bo długo nad nim myślałam). I kiedy ową kartę znalazłam, weszłam sobie na Bartusiowego blogaska, na którym znalazłam link do piosenki Rammsteina, a konkretnie do którejś z balladek z płytki Rosenrot…
Którą to płytką sztachałyśmy się z Bogusławą niejaką będąc w klasie maturalnej.
Jak to się dziwnie wszystko plecie, czyż nie?
I to by było na tyle, jeżeli chodzi o morał z dzisiejszej, długiej niezwykle notki. Głęboki jest bardzo, uważam, ale gdyby głębia jego nie wystarczała Wam do szczęścia, pozwolę sobie uraczyć Was niektórymi cytatami, którymi raczyłam komisję maturalną na mojej ustnej dwa lata temu, ku frustracji znienawidzonej pani Lewandowicz…
Nie, zasłonę milczenia spuśćmy na panią Lewandowicz i moje honorowe dziewiętnaście punktów (aaa, 19, Mroczna Wieża, aaaa) i przejdźmy do mądrości nie moich:
“Nie ma czegoś takiego jak szczęśliwe zakończenia. Nigdy nie spotkałem żadnego, które mogłoby się równać z “pewnego razu”"
Stephem Kinng, “Mroczna Wieża VII: Mroczna Wieża”
Miałam kiedyś znajomego, który wyśmiewał ten tytuł. Nie jest to powód, dla którego nie jest już moim znajomym, jednakowoż zanim się skomentuje, warto wiedzieć, że już się nie lubimy.
“Jutro można umrzeć od kuli na ulicy, bo policjant może strzelić do ciebie, dlatego, że nie rozumiesz języka guarani albo ktoś może cię zakuć nożem w którejś cantina, dlatego, że nie mówisz po hiszpańsku i milczysz jakbyś zadzierał nosa. Na przyszły tydzień, kiedy już będziemy mieli naszą dakotę, może ona rozbije się z tobą nad Argentyną.”
Graham Greene, “Podróże z moją ciotką”
To na górze to agrumenty, które tytułowa ciotka przytoczyła, by przekonać swego siostrzeńca by został z nią w Ameryce Południowej, a konkretnie, jak życie w tejże Ameryce będzie wyglądało.
Siostrzeniec się zgodził, co przypomina mi - a myślałam, że będzie krótka notka, naprawdę jestem równie rozczarowana fatem, że się wydłuża, jak Wy - że się zakochałam.
Moi rodzice chyba uważali, że nie ma książek nie nadających się dla dzieci. Odkąd więc nauczyłam się czytać, czytałam to, co uważali, a właściwie mamusia uważała, za dobre - bez względu na to czy nadawało się dla ośmioetniej dziewczynki czy też nie.
Wśród owych dobrych rzeczy była między innymi - jakżeby inaczej - klasyka fantastyki, a przynajmniej to, co dziś się za klasykę uznaje.
Być może dlatego jestem nieco, jak mówi jedno z moich ulubionych słów, zryta.
Nie dawajcie swoim córkom “Mówcy umarłych” zanim skończą dwanaście lat.
Nieświadomym - bo wiem, że wśród moich niezwykle licznych czytelników tacy, a właściwie takie są - wyjaśniam, że “Mówca umarłch” to druga część powieści “Gra Endera” autorstwa niejakiego Orsona Scotta Carda. Rzeczony Mówca Uwarłych niewiele swej pierwszej części ustępuje w jakości, ba - całkiem jest etnologiczny w swej wymowie - natomiast w pierwszym czy drugim rozdziale ukazuje dość drastyczny szok kulturowy w postaci dość sympatycznego bohatera (do którego, jao dziecko siedmio- czy ośmio- letnie zdążyłam się już przywiązać, no bo przecież skoro ktoś jest istotny bardzo przez pierwsze dwadzieścia tron książki, to znaczy, że dalej również będzie istotny) , więc w postaci dość sympatycznego bohatera rozczłonkowanego przez zamieszkującą planetę rasę kosmitów - całkiem przyjaznych i przyjemnych kosmitów zresztą. Nie można powiedzieć, by opis był delikatny czy aluzyjny.
Wracając jednak do sedna, bardzo się zdziwiłam, że jako dziecię karmione Leguminami (dla nieświadomych - jedną z ważniejszych autorek SF jest niejaka Ursula LeGuin), Lemami i innymi Asimovami odkryłam Strugackich dopiero teraz i to też tylko dlatego, że niejaka Mon (dziewczyna, z którą dobry kontakt miałam tylko w gimnazjum, więc cały czas zasadiczo poniekąd pozostajemy w temacie powrotu do przeszłości i sentymentów) nie bardzo wiedziała co mi kupić, więc zainwestowała w książkę Borysa i Arkadija.
Znaczy, nie zrozumcie mnie źle - ja doskonale zdawałam sobie sprawę z faktu, iż Strugaccy istnieją i poczesne miejsce w panteonie zajmują, tym niemniej jednak jakoś do dwudziestych urodzin swych po nich nie sięgnęłam…
I dobrze, bo “Miliarda lat przed końcem świata” Nie zrozumiałabym mając lat osiem, dziesięć, dwanaście czy nawet piętnaście.
No, może z piętnastoma przesadzam.
Tym niemniej jest to jedna z najlepszych i najbardziej ambitnych książek, jakie czytałam w ciągu ostatniego…
Nie wiem, odkąd przeczytałam “Długie pożegnanie”, pisałam o nim, archiwum macie z lewej albo z prawej strony, jeśli chcecie sprawdzić ile miesięcy upłynęło odkąd czytałam równie dobrą książkę - zapraszam
W każdym wypadku “Miliard lat przed końcem świata” przyszedł mi na myśl w związku z “Podróżami z moją ciotką” nie bez przyczyny. Przyczynę zaraz Wam wypiszę i będzie to chyba koniec na dziś:
“Powiedziano mi, że ta droga zaprowadzi mnie do oceanu śmierci, zawróciłem zatem w pół drogi. I odtąd ciągle widzę przed sobą tylko ślepe, kręte ścieżki prowadzące do nikąd”