Jeżeli, drogi czytelniku, jesteś osobą, która mnie zna skądinąd niż jeno z blogaska tego, to wiesz, czemu powstaje ta notka, gdyż chyba wszyscy moi znajomi (no, poza jedną osobą, ale to przypadek specjalny) wiedzą, jak bardzo cierpię z powodu konieczności uczenia się filozofii i z powodu iż do egzaminu pozostało mi, w momencie gdy to piszę, dwadzieścia godzin, które właśnie marnotrawię na pisanie notek na blogaska, postów na forum i tym podobne bzdury.
Generalnie pomysłów na notkę miałam w ostatnich dniach sporo, ale w tym momencie pamiętam jeden, który właśnie mi gra w pokoju obok. To znaczy nie gra, ale zaraz go włączę i będzie to czynił.
(poszła załączyć płytę)
No i już. Song o Alabamie brzmi mi w uszętach, nie wiem czy będę w stanie w obliczu tego skupić się na pisaniu, ale spróbuję.
Zwłaszcza, że Kazimierz jeszcze nie śpiewa.
W każdym wypadku notka będzie trochę o piractwie (ale nadal nie z Karaibów, Karaiby nadal czekają na swoją kolej i chyba jeszcze trochę poczekają) i trochę o Kazimierzu, który coraz istotniejszą pozycję w mym skromnym rankingu wybitnych artystów zajmuje, co zresztą zauważam wyraźnie w moim obecnym sposobie pisania.
W każdym wypadku jako że niedawno pożegnałam się ze swoją nastoletniością i stałam się dumną dwudziestolatką, odczułam nagły przypływ gotówki. W związku z rzeczonym i z sesją, w trakcie której od czasu do czasu odczuwam intensywną potrzebę pocieszenia się (na przykład po kole z logiki, które spieprzyłam koncertowo, jeśli to kogoś z Was obchodzi), częściej niż zwykle dokonuję zakupów w Empiku. Celem owych zakupów stały się – cóż za marnotrastwo – między innymi dwie płyty, na obu śpiewa Kazimierz. Na jednej z nich jako wokalista Kultu, na drugiej jako onże sam. Jedna nazywa się Your Eyes druga nosi malowniczy tytuł Melodie Kurta Weilla i coś ponadto.
Wiecie, generalnie jestem posiadaczką stałego łącza z internetem. Właściwie to posiadaczami tegoż są moi rodzice, ale wiadomo o co chodzi. W każdym razie jako użytkowniczka stałego łącza rzadko kupuję muzykę. Filmy też. Jednakowoż jeżeli mam jakiegoś ulubieńca – a mam ich dwóch, czyli Kazimierza oraz Serjego Tankiana, zawsze sobie obiecuję, że kupię ich płyty w oryginale, w końcu okradać ludzi, których się podziwia tak łyso trochę.
Nie są to jedyne obietnice, które sobie składam i które łamię (pamiętajmy o filozofii), tym razem jednak dotrzymałam sobie słowa i te dwie płytki kupiłam.
I w związku z tym stwierdziłam po pierwsze, że nie artystów okradałam. Siebie okradałam. Jednak płyta z książeczką i obrazkiem, kolejnością utworów odpowiednią i całą resztą stanowi zupełnie odrębną jakość niż zbiór piosenek ściągnięty z neta. Ma taki wymiar… Materialny. A to, jak uczą mnie w tej głupiej szkole, ważne jest.
Oczywiście za refleksją nie idzie jakaś ogromna ilość działań, nowsze płyty Systemu nadal kosztują jakieś osiem dych i nadal jest to za dużo jak na moją korepetytorsko – studencką kieszeń. Tym niemniej odczułam burżujską potrzebę posiadania półki z cdkami.
Druga rzecz, na jaką wpadłam rozkoszując się Melodiami Kurta Weilla i czymś ponadto, to to, że, kurde, przestaliśmy słuchać muzyki. No, przynajmniej większość moich znajomych zwykle słucha muzyki przy okazji. Nawet ja nie słucham w tym momencie całą sobą pieśni, w której mackie prosi wszystkich o przebaczenie (choć trudno mi się naprawdę teraz skupić, kiedy Kazimierz śpiewa, że kto miał chciwy, pożądliwy wzrok poczuje jak mu oko kruk wyrywa, tym okiem na wiszące spojrzy sadło i swego ścierwa będzie brzydził się… no) tylko pieśń leci sobie a ja piszę. Przesłuchałam tę płytę raz tak jak należy i coraz bardziej dochodzę do wniosku, że krzywdzę kogoś albo coś, kiedy się na niej nie skupiam.
Więc może dla odmiany się skupię (jasne jasne) i zaprzestanę pisaniny jak na razie.
A, i jeszcze kupiłam sobie felietony Kazika na dodatek, więc jestem zindoktrynowana absolutnie, karmię się Kazikiem, oddycham nim chwilowo, więc nie należy brać niczego, co mówię lub piszę poważnie.
A teraz już serio zakończę, muszę tylko wybrać jakiś chwytliwy kawałek, żeby wam wkleić jego tekścik. W tym momencie leci kobieta żołnierza, ale chyba Mackie pójdzie, albo pieśń o Salomonie.
Tak, dzisiejszy wpis sponsoruje Mackie. Znaczy się końcówka Pieśni, w której Mackie prosi wszystkich o przebaczenie. Aktorsko jest niesamowita, naprawdę naprawdę.
Słuchajcie Kazika dzieci.
Dziewczyny tak żałośnie tanie,
Że kurwiąc się na chleb nie macie.
I wy, wytworne, dumne panie,
Co mężów do nich posyłacie.
Wyrzutki, męty wszelkiej maści,
Złodzieje, zbiry żądne krwi,
Z szaletów miejskich pederaści,
Was proszę też: przebaczcie mi.
A wy, przeklęte sukinsyny,
W mundury strojni, zbrojni w pały,
Wy, których bohaterskie czyny
Tak wielu wolność odebrały,
Wy też żyjecie dzięki zbrodni,
Z was także sprawiedliwość drwi,
Jesteście do mnie tak podobni,
Więc, proszę was: przebaczcie mi.
Żelazny, ciężki młot niech owszem skruszy
Stwardniałe serca oraz tępe łby -
Wyrzucić chcę was całkiem z mojej duszy,
Lecz póki czas przebaczcie mi.