Hurra. Wymieniłam konwent na pisanie notek na blogu. O, radości. Iskro Bogów.
W każdym razie, ponieważ nadal jestem znudzona i desperacko poszukuję jakiegoś sensownego, kreatywnego a jednocześnie nie wymagającego ode mnie wspinania się na wyżyny mych możliwości intelektualnych zajęcia, postanowiłam napisać coś jeszcze, no bo czemu nie.
Wywnętrzę się więc, jeśli pozwolicie (a jak niby moglibyście mi zabronić, ha), po raz ostatni na temat Strażników a właściwie mówienia o Strażnikach. W sumie temat na topie.
Ponieważ, jak wiadomo, mam skłonność do niezwykle rozwlekłych wstępów, w których rozpisuję się nad tym dlaczego piszę o tym, o czym piszę, pozwolę sobie rzec, że notka zasponsorowana jest przez dwa główne czynniki. Pierwszym z nich – tym, który doprowadził mnie do wniosków, z którymi przy odrobinie szczęścia dziś Was zapoznam, był wiadomy film o wiadomym tytule, znaczy się ci nieszczęśni “Watchmen. Strażnicy”. No bo czego by o nich nie mówić, na pewno odświeżyli temat.
Tak więc obejrzałam film, porozmyślałam, pokminiłam i porozgryzałam i doszłam do wniosków. Wnioski zasadniczo zachowałam dla siebie, bo tak. No, podzieliłam się nimi z jedną dziewczyną, która właśnie katowała komiks (MÓJ komiks katowała, w Krakowie, od września, nawet nie wiedziałam, że tak się przywiązałam do widoku tych trzech czarno-żółtych grzbietów na półce, ale czegóż się nie robi dla przyjaciół, prawda?). I wnioski pozostałyby pewnie moje i tylko moje gdyby nie Borys (link link) i jego pomysły na jubiełuszową (tak, ja wiem, jak to się powinno pisać) notkę. Borys bowiem, jak się już zapewne domyślacie został drugą inspiracją, to znaczy powodem dla którego pisać będę o tym komiksie a nie o, dajmy na to Firefly (bo obejrzałam niedawno) albo o tym, że paskudną pogodę dziś mamy albo o tym, jak bardzo musi wkurzać osoby mieszkające ze mną mój zwyczaj słuchania jednej piosenki w kółko albo o małych kotach (mam małe koty!) albo o czymkolwiek innym.
No. Więc wracając do rzeczy, było w moim życiu kilka momentów, kiedy próbowałam wyartykułować z siebie coś o Strażnikach i kilka – trzy chyba, jeśli mam być konkretna – kiedy słuchałam, jak robią to inni, artykułują znaczy. I cóż, za każdym razem na koniec, a czasem i w trakcie czułam pewien niesmak i niedosyt. Ba, udało mi się nawet skasować całą notkę (obdarzoną taaaaakim odkrywczym tytułem) o Strażnikach i zostawić jeno cytat i krótki komentarz, dlatego, że notka była bez sensu.
Bo wiecie, wszystko co mówi się o Strażnikach jest w gruncie rzeczy bez sensu. To jest tak, że jeżeli ktoś przeczytał, to wie. Nie trzeba nic mówić o tej, jak jej tam “zegarmistrzowskiej precyzji”, “dekonstrukcji mitu superbohatera” i tym podobnych, choćby dlatego, że takie krótkie hasła nie oddają komiksowi sprawiedliwości i nigdy jej nie oddadzą.
Są, owszem, tacy co przeczytali i nie są zachwyceni (wiem o tym, ale nigdy tego nie zrozumiem, że tak sobie sparafrazuję jednego autora), ale przekonywanie ich też nie ma sensu. Przykro mi, ale jeżeli komiks nie obronił się sam, to mi (bez urazy, ale wam też) ta sztuka się na pewno nie uda.
Są jeszcze ci, co nie czytali. No i czy jest sens mówić im cokolwiek poza “stary (albo stara) przeczytaj”? Czy zacytowanie tej cholernej zegarmistrzowskiej precyzji cokolwiek im powie? No przecież że nie, bo nie zakumają. Nawet jeśli będą myśleli, że zakumali to nie zakumają dopóki nie skończą.
Dlatego postanowiłam nie mówić i nie pisać o Strażnikach (i chyba dlatego, chociaż zdecydowanie mniej świadomie, nie bardzo robiłam to wcześniej). Mogę mówić o mówieniu o Strażnikach, o filmie, o reakcjach na ten komiks, o różnego rodzaju odpryskach – aczkolwiek niechętnie – ale o tych trzech książeczkach z czarno-żółtymi grzbietami ani słowa. Nie o wszystkich dobrych rzeczach trzeba mówić, albowiem (uwaga, morał) w wypadku najlepszych słowa są absolutnie zbędne.
No i skończyłam.
Albo jeszcze, skoro wspomniałam o odpryskach (odtwarzacie na własną odpowiedzialność, ja nuciłam ten kawałek przez chyba tydzień, to naprawdę była trauma)
Dziękuję za podlinkowaniem i bycie połową inspiracji.
Zapraszam też do zagłosowania — istnieje szansa, że udowodnię Ci w jubileuszowej notce, że o “Strażnikach” można mimo wszystko pisać z sensem.
Nie ma za co, ale – bez urazy – mam nadzieję, że jednak mi nie udowodnisz
A mój głos już poszedł, na mechanikę kwantową
Coście się tak wszyscy uparli na tę mechanikę, myślałem, że właśnie mechanika będzie czarną owcą tej ankiety — a okazuje się czarnym koniem.
W każdym razie, jeżeli głosowałaś w starym systemie, to zagłosuj jeszcze raz w nowym, bo były problemy z natywnym skryptem ankiety.
A propos “Strażników”, praca domowa: Kto lub co w komiksie-w-komiksie symbolizuje Rorschacha?
Teraz czyta się naprawdę fatalnie.
Borys, w moim wypadku to tylko geny. Jestem pół-fizykiem

Mat, czepiasz się. Ale dobrze. Zobaczę, może jest jakiś inny sensowny szablon
EDIT:
Zadowolony? :>
Oł jea!
W sumie nie wiem gdzie to napisać, więc napiszę tu, a nuż widelec adresat przeczyta.
Borys, jeśli zastanawiałeś się co się stało z Twoimi komentarzami do Tu vas me detuire, wiedz, że wordpress z sobie tylko znanych przyczyn uznał je za spam ( i gdyby nie moja wrodzona ciekawość, która sprawia, że czasem sprawdzam co siedzi w spamie, nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli). Zatwierdziłam jeden, który zawierał w sobie treść wszystkich innych.