Boże drogi. Ależ się z tym męczyłam.
Są na świecie ludzie, którzy cierpią na dziwaczną przypadłość – nie są w stanie porzucić książki w połowie. Kiedy zaczną – kończą. Zawsze. Nieważne jaka to chała. Nieważne jak przy tym cierpią. Nieważne jak bardzo nie po polsku potem mówią. Kończą.
Ja nie należę do tych ludzi, mam inne schorzenie – uwielbiam czytać złe rzeczy. Fanfiki o Harrym Potterze na przykład. Albo o twilighcie, ostatnio strasznie się ich namnożyło. Niezastąpiony w dostarczaniu takich treści jest onet – jeśli szukacie prawdziwej hały, to tam. Pierwsza klasa, serio. Nie sądziłam, że ludzie w ogóle są w stanie coś takiego wymyślić.
Wracając jednak do jarania – niedawno mieliśmy przyjemność gościć u siebie naszą siostrę wraz z mężem, którzy cierpią na pierwszą z opisanych przeze mnie chorób, natomiast druga jest im całkowicie obca – nie lubią złych książek. Ponieważ oboje siedzą dość mocno w fantastyce, rozmowa nie raz i nie dwa zeszła właśnie na lyteraturę. W trakcie jednej z takich rozmów padł tytuł, który – niestety – zapamiętam do końca życia.
Śmierć magów z Yara. Eugeniusz Dębski.
Mówili o tym jako o najgorszej książce jaką czytali – dziele chyba pozbawionym korekty i napisanym zupełnie nie po polsku, więc od razu się zapaliłam, a szalę przeważyło zdanie wypowiedziane przez małżonka mej siostry. Brzmiało ono „Marta, widziałaś kiedyś człowieka o kruczorudych włosach?”.
Stwierdziłam, że muszę to przeczytać, więc dostarczono mi dzieło.
Chryste Panie. Widzicie, nie mogłam rzucić tego w kąt, bo te… Te sępy mnie pilnowały, wierne zasadzie „chciałaś – masz”. Kiedy wieczorem zbliżałam się do łóżeczka, przy którym leżała Yara, zbierało mi się na mdłości. Ale brnęłam. Po dziesięć, dwadzieścia stron dziennie – brnęłam.
Myślałby kto, że będąc na trzecim roku studiów humanistycznych przyzwyczaiłam się już do niestrawnych i źle napisanych lektur. A figa.
Gdyby to chociaż miało wartką akcję – wszystko bym przebolała, baboli nie było aż tak dużo („obcięli mu język i uszy, wyłupili oczy, odcięli palce i połowę stóp, ale na szczęście spotkał człowieka, którego żona była z jego plemienia, więc znała język i udało im się jakoś dogadać a potem narysował mapę” – parafraza, ale serio, serio, pojawiła się tam taka opowieść), język mniej więcej tak lekki jak kamienie młyńskie też bym przełknęła z dziką frajdą („tonął po kolana w tiliach” – tilie, moi drodzy, to szczury, które mieszkały w ślimaku, do którego wjechał nasz bohater), głupota też bardzo poprawia mi humor, ale to było po prostu nudne.
Zasadniczo chodzi o to, że król uzbrojony w kawałek magicznego miecza jedzie do straszliwej krainy Yara, gdzie mieszkają magowie. Których trzeba pokonać. Bo są źli. Magów jest trzech – pierwszy, najsłabszy, taki cienias, który ukradł innym magom sztuczki, drugi, który jest już prawdziwym magiem i trzeci – mega boss.
Podchody pod pierwszego trwają pół książki, walka z nim ze trzy strony. Zatrzymuje czas, rzuca fireballe i w ogóle wymiata.
Dotarcie i pozbycie się drugiego to już kwestia jedynie – o ile dobrze szacuję – trzydziestu stron, walka trwa chyba jedną.
Walka z trzecim, najpotężniejszym magiem trwa, uwaga… Trzy zdania. Wcale nie wielokrotnie złożone.
I to na tyle jeśli chodzi o fabułę. Znaczy, król zdobywa paru przyjaciół, z którymi idzie i czasem wypadają na nich tak zwane random encountery. I wszyscy są dzielni i odważni. A jeden to nawet ginie, ups spojler.
W trakcie tej niesamowicie wciągającej i wartkiej fabuły dostajemy: kilka zdań urwanych w połowie, tonięcie po kolana w szczurach mieszkających w ślimaku, mega szczelne worki, w których można zamknąć wydychane przez siebie powietrze i oddychać nim przez cały wypełniony toksynami tunel, psy wskakujące na konie i im podobne atrakcje. A, i prolog i epilog, które nie mają z treścią nic wspólnego. Nie, serio. Nic. Zero. To nie jest tak, że przesadzam.
A kiedy już przebrniemy przez wszystko, nadchodzi bonusowe opowiadanie. A w nim…
W nim kobieta o kruczorudych włosach. To nie mit. Widziałam to słowo na własne oczy. Kruczorude. Kru-czo-ru-de.
Potem zamieniła się w smoka. O pastelowych, futrzastych łuskach.
Tak. Futrzastych łuskach. Czy wy wiecie jak to jest zobaczyć oczami wyobraźni smoka o pastelowych, futrzastych łuskach?
Po opowiadaniu był fragment drugiej części tego dzieła. Mimo całkiem obiecującego tytułu („Wyprawa gwiezdnego szamana: zemsta magów z Yara”) odpuściłam.
Ale Julka i tak obiecała mi to przywieźć następnym razem.
To by było na tyle. Po prostu musiałam wyrzucić to z siebie.
Powiedzieć światu jak bezgranicznie beznadziejna jest ta książka. Ostrzec.
Nie yarajcie Yary. Nigdy.
Wyjarałam, czyli kruczorude włosy
maj 6, 2009 autor: charleene
To ja jeszcze “polecę” “Tfu, pluje Chlu!” Marcina Wrońskiego.
MAMY CIĘ!