Godzina 23:40. Lekko licząc. Noc muzeów w białej fabryce. Drugi celtic, czwarty pokaz w ciągu ostatnich czterech godzin. Akcent. Zejść. Odłożyć pochodnię. Wejść za murek. Zdjąć habit. Złożyć habit, potem będzie mniej roboty. Dwa kawałki luzu, wchodzę dopiero pod koniec walkirii.
Mózg tonie w benzynowych oparach, rozpiera mnie energia, chce mi się śmiać, a motylki z brzucha podlatują do gardła i usta też wypełniają. Niebo ładnie wygląda w tym pomarańczowo-fioletowym odcieniu, chwała latarniom ulicznym zań, ale widać gwiazdy, mimo chmur. Chyba jednak nie będzie padać dziś w nocy. Biorąc pod uwagę osmolone ślady, które zostawiliśmy na bezcennych żeliwnych płytkach dziedzińca to wcale nie dobrze.
„Co ci jest”, pyta Marta, widząc jak odchylam się do tyłu by popatrzeć na to niebo, nic, mówię, to chyba benzyna, w końcu czwarty kanister już idzie, wiesz, naprawdę uważam, że te głupawki, które mamy po fire’ach to jest efekt wdychania oparów. A może nie, myślę sobie potem, już w domu, w łóżku pod kołdrą, może to żywioł tak na nas działa, może ta dzika radość z faktu, że tańczysz z ogniem, jak to kosmicznie brzmi, tańczysz z ogniem, ja tańczę z ogniem, ty tańczysz z ogniem, on ona ono tańczy z ogniem. My tańczymy z ogniem, wy tańczycie z ogniem, oni one tańczą z ogniem. Może to jest mistyczne doświadczenie, jego najbliższy nam, agnostycznej młodzieży, ekwiwalent. Jak inaczej wytłumaczyć tę tęsknotę, która chwyta w długie zimowe noce, kiedy marzysz o tym, żeby wdziać kieckę, która więcej odsłania niż zasłania, wziąć katedralki, zamoczyć, odpalić, muzykę usłyszeć i wyjść zrobić młynek na tych świeżo zapalonych pojkach, ogień tuż przed twarzą, chociaż normalnie tego nie robisz, trzeba odczekać aż chociaż trochę przygasną, chyba że masz ochotę stracić rzęsy i brwi.
Zresztą, wszystko jedno dlaczego nie czuję się do końca normalnie, pewnie to mieszanina mistyki i benzyny, ważne, że fire działa silniej niż jakikolwiek alkohol.
Walkirie. Zawiąż mi oczy, zawiąż mi ręce, gdzie jest Klaudia, miała mnie wyprowadzić. Co ona robi, pytam, tańczy, odpowiada mi ktoś. Kurwa mać mówię i tupię nóżką, a kiedy kończy się kawałek, powtarzam ten, jakże uniwersalny, zwrot. W końcu przychodzi. Wyprowadza mnie na scenę, zdejmują mi te opaski, uwielbiam ten moment, nawet jeżeli jesteśmy spóźnione o jakieś trzydzieści sekund, nie zamierzam tego odpuszczać, kiedy otwieram oczy, podnoszę głowę i cała publiczność wlepia wzrok we mnie, a ja patrzę gdzieś poza nich, powoli rozkładam ręce, taki hollywoodzki gest istoty, która przebudziła się po stuleciach snu, bo w sumie takie coś gram w tym przedstawieniu, i widzę w ich twarzach, że dobrze mi idzie, że robię wrażenie i że daję radę. Akcent. Raz dwa trzy kroki do przodu. Stop. Akcent. W prawo zwrot, raz dwa trzy cztery pięć kroków. Daria stoi przy stojaczku ze zgaszonymi skrzydłami i patrzy na mnie bezradnie, oczywiście nie mogła się spieprzyć tylko jedna rzecz, idź je zapal cedzę przez zęby. Leci truchcikiem do świeczki. Bogini, psia jej mać, cholera jasna, kurda do diabła ciężkiego. No nic. Zapala skrzydła. Kręci. Podaje mi. Cztery helikoptery. Obrót. Asynchron, duże kółka do tyłu. Hamuj. Duże kółka przeciwnie do ruchu wskazówek. Fala za głową. I druga, z rozłożeniem. Synchron do przodu, co tu miało być żadna z nas nie pamięta (dwa helikoptery) więc obrót, wracamy. Trzy motyle, duży za głową (motylek za głową, powiedziała Kasia trzy… cztery… albo pięć lat temu w pijanym widzie w Jastarni, moje serce). Szybki synchron do przodu, ósemka, gaśnij, gaśnij, gaśnij. Zgasły. Daria leci po drugie. Nienasączone, już nawet nie bluzgi pojawiają się w mojej głowie, nawet nie wściekłość, bo ja się nie wściekam na scenie, wściekam się kiedy tylko z niej zejdę, a i to rzadko, po prostu biorę te zgaszone skrzydła i tańczę z nimi, jasno jest, światło z muzeum dobiega to i mnie widać, ale dlaczego u licha ci ludzie klaszczą to nie wiem, z litości? Klaudia wchodzi na scenę z nasączonymi skrzydłami. Zgaszonymi. Ciekawe co niby mam z nimi zrobić i dlaczego ona jest w sukience dziewczęcia ze wsi, co? Koniec. Łączka. Daria tym razem pamięta, żeby stać z tyłu sceny i prawie pamięta, żeby pokazać mi Szufladkę. Nic to. Schodzę. Namaczam skrzydła. Wchodzę z powrotem, śledząc Szufladkę, nie odrywając wzroku. Akcent. Maciek się odpala. Ja się odpalam. Kręcę. Schodzę. Odkładając uprzednio płonące skrzydła do kuwetki, żeby nie naruszyć cennego, tkanego w średniowieczu przez uzbeckich górali żeliwa, którym wyłożon jest dziedziniec.
Dwa kawałki spokoju, mogę pomyśleć nad tym co zrobię Klaudii kiedy już skończymy. I wojna. Nafta w ustach. Dwie pary nasączonych skrzydeł w rękach. Start. Sieknąć skrzydłem Maćka i Szufladkę. Wyrwać Darii pochodnię. Splunąć. Laski z głowy. Odłożyć skrzydła. Pójść po drugie. Odpalić, nie będę przecież udawała, że mnie nie ma.
Czy wiesz że…
Czy wiesz że można przez dziesięć sekund trzymać palce w płomieniu i nawet się nie zorientować? Można, patrz: o, szlag, parzą, trzeba pomachać, bo płomień idzie za wysoko, to i macham, a one nic, parzą dalej. Drugi raz, nic. Znaczy, coś jest nie tak. Patrzę na lewą rękę i oto zagadka rozwiązana, palce trzymam w płonących uchwytach, musiały wpaść do benzyny, uchwyty, nie palce. Rzucam skrzydło, trudno, z jednym będę tańczyła. Ciach, Gutek. Ciach, Jacek. Trochę jak kosa teraz to wygląda, może zawsze będę tańczyć na koniec z jednym, a może to wpływ Córki łupieżcy i niezwykle sugestywnej wizji błękitnego kosiarza, ciach, Maciek, ciach Antek, wszyscy nie żyją. Kiedyś wybuchnę w tym momencie demonicznym śmiechem, akcent komediowy będzie.
Dzwony. Rozglądam się po pobojowisku. Dziewczyny martwe, chłopcy martwi, przechadzam się między trupami i schodzę. Odłożyć skrzydło. I ukłony. Ja, dziewczyny, chłopaki, Szuflada z Maćkiem, ja, wszyscy, kto wymyślał tę kolejność. Oklaski trwają, wszyscy jeszcze raz? No dobrze. To wszyscy jeszcze raz i schodzimy. Oklaski trwają, Bio wypada na scenę i harcuje, niech ma, technicznym był, też mu się coś od życia należy i tym czymś okazują się bardzo żywe oklaski, to my też wracamy, ale zamiast pokłonić się, harcujemy, kręcimy się w kółko, tańczymy i śmiejemy, to ta benzyna, ta adrenalina i ten żywioł, który jeszcze chwilę temu partnerował nam w tańcu, koniec kawałka, kłaniamy się znowu, wszyscy. Klaszczą ładnie, znaczy, że mimo wszystkich niedociągnięć poszło dobrze. Zbieramy sprzęt. Zanosimy do garderoby, wchodzimy w cywilne ciuchy. Zastanawiam się czy zmyć makijaż, ale tak naprawdę tylko udaję, bo wiem, że go nie zmyję, bo uwielbiam jeździć w makijażu po mieście. Wsiadam więc na rower z oczodołami pokrytymi czarną farbą, z równie czarnym dziwacznym wzorem na prawej połowie twarzy. Bluza na grzbiet, kaptur na głowę, dupa na rower, słuchawki w uszy (While my guitar gently weeps, wersja z Across the universe oczywiście, a nie oryginalna) i jadę z Czerwonej na Retkińską. Marta, postrach Łodzi.
I to jest mój ulubiony moment – wpół do pierwszej w nocy. Centrum miasta. I ja w tym demonicznym makijażu i tej czarnej bluzie i ludzie, którzy się za mną oglądają, zdziwione grymasy, przestraszone grymasy, zniesmaczone grymasy, a mnie to nawet niespecjalnie obchodzi (no, może trochę, może dziką frajdę mi to sprawia, kiedy przemykam jak duch obok tych trzech dziewczyn i na pół sekundy odwracam do nich twarz, a oczy tej pierwszej rozszerzają się), bo All you need is love, też wersja z Across the Universe, bo ja zasadniczo nie za Beatlesami przepadam a za tym filmem i jego ścieżką dźwiękową. I kiedy przekroczysz już pewien próg dziwności, jest ci już wszystko jedno więc Retkińska, na której i tak nikogo nie ma i mogę sobie śpiewać z Niną Simone, You people can watch while Im scrubbing these floors, and Im scrubbin the floors while youre gawking, maybe once ya tip me and it makes ya feel swell, in this crummy southern town, in this crummy old hotel i szlag już furtka i koniec tego dobrego. Napić się, włączyć komputer, pocztę sprawdzić, ach te nałogi. Kąpiel, nie przejmujcie się, że woda i gąbka są czarne to tylko sadza z farbą, a makijaż i tak oczywiście nie zszedł do końca, nie za pierwszym razem, i spać.
I dlaczego budzę się o czwartej skoro położyłam się o drugiej nie wiem, ale skoro już leżę to obmyślam ten tekst, bo on nie jest spontaniczny i nieprzemyślany, nie nie, wygląda co prawda zupełnie inaczej niż się spodziewałam, ale jeśli myślicie, że czytacie strumień świadomości, to powiem wam, że dzieci w waszym wieku już wiedzieć powinny, że jest to technika, która nie istnieje, typ idealny, a najtrudniejsze numery to te, które wyglądają na improwizowane. I zasypiam z powrotem, a następnego ranka, dziesiąta dziewiętnaście, jak po imprezie, resztki makijażu na twarzy, kapeć w ustach (ach, nafta), ból głowy, a dziś wieczorem kolejny fire. Mój clubbing.
A kiedy w końcu wyrzucą mnie ze studiów to pójdę do cyrku, bo to zawsze chciałam robić w życiu i jaki piękny jest fakt, mimo wszystkich swych wad, że właśnie to robię.
I jak widać dzisiaj bez sensu, bez morału i bez cytatów, bo mogę, bo taki miałam kaprys i to mój blog, nawet jeśli Mat mi mówi jak ma wyglądać. I bo benzyna mi wciąż w głowie huczy.
And now for something completely different: Psychoza – noc z życia firedancera
maj 17, 2009 autor: charleene
bierz, co chcesz, bylebym o tym wiedziała