Komiksy są drogie (Mat, nie rób min).
Kiedy człowiek czyta książki, zaczyna od biblioteki, tak jest przynajmniej w moim przypadku. To pozwala rozpoznać teren, wyrobić sobie parę opinii, przygotować listę zakupów i tak dalej. W wypadku komiksów sprawa jest utrudniona. Człowiek, który się nie zna nie kupuje asekuracyjnie, bo a nuż wyrzuci pieniądze w błoto, a nie mogę powiedzieć, by były to sumy małe.
Z drugiej znowu strony ten sam nie znający się i z rozdziawioną buzią odkrywający świat obrazków i dymków człowiek chciałby jednak czasem poczytać, choćby po to, żeby nie wypaść z wprawy (wiecie ile zajęło mi nauczenie się, że trzeba patrzeć na obrazki a nie tylko na literki?! do dziś zapominam). Oczywiście, można bawić się w Klątwę Czarnej Perły, ale podstawowy dylemat pozostaje ten sam: co, do licha ciężkiego piracić? W co zainwestować czas i miejsce na dysku (jeszcze rok temu, kiedy pojemność mojego jedynego dysku twardego wynosiła 4GB i jechałam na win98 było to naprawdę poważne pytanie)?
Stojący przed tym dylematem człowiek trafia na webcomicsy. Najpierw trafia na nie nieufnie, no bo posiadając łącze internetowe na pewno już jakieś widział i nie sądzi by te króciutkie żarciki obrazkowe były tym o co chodzi.
A potem odkrywa, że one faktycznie nie są tym o co chodzi, ale też i webcomicsy nie ograniczają się jedynie do trzykadrowych (dobrze mówię?) pasków. Że czasem mają fabułę, ba! Czasem są dobrze rysowane.
Kończy się to folderem z zakładkami do komiksów na każdy dzień tygodnia.
To by było na tyle, jeśli chodzi o historię, bo bynajmniej nie chodzi mi w dzisiejszym wpisie o to by opowiadać Wam o tym jak ze mną i komiksami wygląda sytuacja, choćby dlatego, że nie sądzę by był to specjalnie pasjonujący temat albo żeby było się czym chwalić. Po prostu potrzebowałam wstępu, takiego tła. Rysu historycznego. Kontekstu (brrr).
Po co więc piszę? Ha. Piszę po to, żeby przedstawić Wam moją czołówkę. Złotą ósemkę.
Ale nie nastawiajcie się na wynurzenia domorsłej koneserki. I nie sądźcie, że to będzie miało cokolwiek wspólnego z recenzjami, notkami informacyjnymi i innymi Bardzo Poważnymi Tekstami. Jeszcze mi do końca nie odbiło, żeby takie coś pisać (nie mówiąc już o tym, że nie mam odpowiedniego skilla). Po prostu chcę Wam napisać o tym, co mi się podoba, w sposób zdecydowanie kolokwialny.
Numer 1: Goblins
Moje pierwsze odkrycie. Nie pomnę już kto podesłał mi linka, ale kiedy weń klepnęłam, moja opinia na temat tej osoby zdecydowanie spadła. Oto pod wychwalanym pod niebiosa adresem znalazłam kolejny komiks o dedekach. No halo, ileż można, zapytałam w duchu, ale z braku lepszych zajęć brnęłam dalej. I oto im bardziej się wczytywałam tym większe robiły się moje oczy. Bo Gobliny miały fabułę. Miały bohaterów, do których człowiek się przywiązywał i z których każdy był po prostu, wybaczcie zangielszczenie, awesome.
Wiecie, że można się wzruszyć losami dedekowych goblinów? Wiecie, że mogą one (losy, nie gobliny), trzymać w napięciu? Wiecie, że można serio traktować postać nosząca imię Complains On Names?
Z ciekawostek – człowiek, który robi Goblins, żyje w chwili obecnej jedynie z tego komiksu – ze sprzedaży koszulek, edycji papierowej (tak zwany „dead tree format”), którą o ile się orientuję, drukuje kiedy ma wystarczającą ilość zamówień. Ma żonę, dwójkę dzieci i domek nad kanadyjskim jeziorem.
A, próbka – jeden z moich ulubionych momentów. Taki etno.
Welcome to racism

Numer 2: Bayou
To było dużo później. Natrafiłam na Bayou w linkach jednej z pośledniejszych produkcji, które czytuję, kliknęłam nie pamiętam dlaczego i umarłam.
Rysunki. Ten komiks jest obiektywnie piękny.
Mało tego. On ma dobrą fabułę. Ciężką do zrozumienia, bowiem, jako że komiks jest południowy (w sensie południa USA), to dialogi też są południowe, a nie jestem aż tak „pro” z angielskiego, żeby przebijać się przez to bez problemu, do tego jeden z głównych bohaterów się jąka, co również jest pieczołowicie oddane w dymkach, ale nawet jeśli nie do końca rozumiem wszystko co oni mówią, chciałam powiedzieć, że klimat pierze mózg. Dzisiaj, kiedy aktualizowałam sobie wiedzę o Bayou (znaczy, czytałam to, czego nie przeczytałam wcześniej) przyszło mi do głowy skojarzenie z Alicją w Krainie Czarów. Weźcie więc klimat Alicji, wyobraźcie sobie, że Alicja jest czarna i mieszka na południu USA w latach 30. XX wieku, jej matka nie żyje a ojca zamykają w więzieniu podejrzewając go o skrzywdzenie białej dziewczynki, którą na oczach naszej Alicji połknął był przybysz z Krainy Czarów. No, macie mniej więcej to, o co chodzi.
A, no i Bayou doczekało się wydania papierowego.

Numer 3: Dual
Zostajemy w rejonie Zudy i będziemy tu już prawie do końca, bo to jest najlepsza platforma na jaką dane mi było trafić.
Z Dualem jest mniej więcej to samo co z Goblinami, tylko szybciej. Człowiek otwiera i myśli sobie „acha, kolejne modern fantasy, czy jakkolwiek to zwą”. A potem mniej więcej w okolicach ósmej strony szczęka opada mu w dół, ale nawet tego nie zauważa, bo jest zajęty nie wierzeniem własnym oczom. Potem zbiera szczękę, czyta dalej, oczekując dalszych fajerwerków i… Jest nieźle, ale zaczyna się dochodzić do wniosku, że to na początku było jednorazowym przebłyskiem geniuszu. I kiedy już dojdzie do tego wniosku, szczęka ponownie wędruje w dół.
Podejrzewam, że jest to świadomy zamysł autora.
No i oczywiście bardzo mi się podoba pod względem plastycznym. Nie „obiektywnie” (chociaż z obrazka, którym promuję ten komiks zrobiłam sobie tapetę, która wisiała dłuuugo, dopóki nie doszłam do wniosku, że mimo całej mej do niej miłości białe literki w podpisach ikon na białym tle nie prezentują się dobrze, powiedziałabym wręcz, że nie prezentują się wcale), a pod kątem dopasowania do historii. Ona jest taka… Taka mięsisto – surrealistyczna (i proszę się nie krzywić, tu miało być jeszcze bardziej bufonowate słowo, długo myślałam jak go uniknąć). I te rysunki też są właśnie takie. Mięsisto – surrealistyczne.

Numer 4: I rule the night
Tutaj też szczęka opada w dół, ze względów podobnych co w Dualu: człowiek spodziewa się prostej, nieskomplikowanej, historyjki. O dziecięcym, superbohaterze, tyle, że twórcy wydaje się, że ten dziecięcy superbohater jest taki inny od wszystkich innych dziecięcych superbohaterów.
A potem okazuje się inny.
A potem jeszcze bardziej inny.
A potem jeszcze jeszcze bardziej inny.
A klimat robi się za każdym razem coraz cięższy. Coraz bardziej przerażający i coraz bardziej groteskowy.
To naprawdę jest horror, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Numer 5: Celadore
Tu nie ma zaskoczenia. Chcemy lekkie modern fantasy i mamy lekkie modern fantasy, z wampirami, wilkołakami, czarownicami, wróżkami – zębuszkami, duchami i zaplątanymi w to wszystko dzieciakami z high schoola albo nawet wcześniejszego etapu ichniej (amerykańskiej znaczy) edukacji. Z doskonałymi dialogami, świetnymi postaciami (Evelyn!), fajnym pomysłem, początkiem, rozwinięciem i zakończeniem. Co prawda w chwili obecnej tworzy się nowa część, która urzeka mnie jakoś mniej niż pierwsza, nie zmienia to jednak faktu, że pierwszą mogę polecić z czystym sumieniem każdemu. Czysta rozrywka. Rysunki nieinwazyjne. Znaczy, fajne ale bez szału, jaki jest na przykład w Bayou. I dobrze, bo fajerwerki plastyczne zdecydowanie by do całości nie pasowały.

Numer 6: Melody
The best song in the world, it was the best song in the world…
To samo. Lekkie, przyjemne i z pomysłem. O najpiękniejszej melodii świata. Brzmi podniośle, podniosłe wcale nie jest i przez swój brak podniosłości jest dość celne, bowiem Melody jest między innymi satyrą. Mnie szczerze mówiąc satyra na amerykańskie społeczeństwo niewiele obchodzi, na nasze zresztą też, ale, jak mówię, celności nie można jej odmówić, o dziwno zabawności często również.
Ale zasadniczo w Melody ujął mnie głównie pomysł, bo jest taki, nie wykażę się elokwencją, pomysłowy. No i magnetyczny bohater płci męskiej też. Mnie ujął, a nie jest pomysłowy. Wręcz przeciwnie, nie jest pomysłowy, jest sztampowy, wzorcowy wręcz ale co z tego, skoro ten wzorzec jest zawsze skuteczny?
Rysunki, że się tak wyrażę, kreskówkowe. Uwielbiam kreskówki.

Numer 7: Imaginary Boys
Gdybym miała pogrupować te komiksy, które Wam tu krótko opisuję, Imaginary Boys wrzuciłabym do tego samego worka co Duala i I rule the night. Z tego względu, że to też jest komiks, który zaczyna od schematów dość ogranych (Boże drogi, co to za świat, w którym pośmiertne przygody małej dziewczynki nazywam ogranym schematem), z uczłowieczonymi aniołami i diabłami (jak u Kossakowskiej tylko jakby mniej nudno), wesołą wędrówką po zaświatach i takimi tam, a potem robi łubudu i łamie konwencję, jednocześnie nie łamiąc jej wcale. No i – tak samo jak Dual i I rule the night – łamie pewne tabu, ale w sposób nad wyraz umiejętny, taki, że szczęka opada, a nie taki, że niesmak
Rysunki dobre. Dopasowane do historii.

Numer 8: Count your sheep
Moje kochanie. Moje cudeńko. Moje oczko w głowie. A tititititi.
Count your sheep fabułę posiada luźną i nie jest ona istotna dla odbioru komiksu. Dwukolorowy i prosty. To jeden z tych trzykadrowych komiksów, o których pisałam na początku, ale jest cudowny. Jest celny, podnosi na duchu bez względu na wszystko (no, może ja po prostu jestem ludziem, którego nietrudno podnieść na duchu, ale podejrzewam, że na bardziej opornych też działa), jest uroczy i nawet Basia się w nim zakochała. No i idealnie nadaje się do wrzucania go na pulpit czy w opis na gg, nadrukowywania na koszulkach albo na kubkach i w ogóle umieszczania gdzie się da.

I to by było na tyle. Co Wy tu jeszcze robicie? Dalej, czytać!
o ile nie znasz:
pearls before swine Pastisa: http://comics.com/pearls_before_swine/
paski.org
the unspeakable vaulf (of doom): http://www.macguff.fr/goomi/unspeakable/vault300.html
:>
Ja, stara ktultystka bym vaulta nie znała?
Za to nie znam dwóch pozostałych, dzięki za namiary :]
a proszę bardzo, Pastis absolutnie wymiata, Asu też jest dobry
To ja polecam trupa, na szybko:
http://www.bugcity.nazwa.pl/index.php?strip_id=1#komiks
Przestali go wypuszczać w zeszłym roku i zajęli się wampirami.
A tutaj coś, co podpada pod Twoją notkę, pierwszy rozdział nowego komiksu KRLa, plansze z którego regularnie ukazywały się swego czasu w sieci:
http://kg.blog.pl/archiwum/?tag=w%B1%BF+szeptucha+i+stary+kredens
Yeah, cel notki osiągnięty: lista lektur na sesję się wydłuża :]
Ale podziel się wrażeniami, jak (jeśli?) przeczytasz któryś z tych, co żem je próbowała opisać na górze, bom ciekawa zdania specjalisty (zwłaszcza o I rule the night, bo to mi najbardziej zlasowało mózg ostatnio)