Jestem złą kobietą.
Nie wolno tak igrać z uczuciami innych. Zawsze budziło to we mnie obrzydzenie, zawsze powtarzałam, że udawanie uczucia podczas gdy wcale go nie ma jest najgorszym skurwysyństwem, jakie może istnieć.
A tymczasem proszę. Oto ja, krystalicznie czysta i nieskazitelnie moralna Marta M., robię dokładnie to, co już w liceum budziło we mnie obrzydzenie.
Cóż, od środka sytuacja nigdy nie wygląda tak prosto, jak z zewnątrz, a ja zawsze byłam dobra w niesłuchaniu własnych, rozdawanych hojnie i garściami, dobrych rad.
Pamiętam jak się poznawałyśmy trzy lata temu, nieufne, przestraszone, ciekawe i zafascynowane. Pamiętam długie przygotowania do każdej randki, dobieranie stroju, rozmyślanie nad tym co jej powiem i jak, projektowanie wszystkich możliwych scenariuszy rozmowy – poza, oczywiście, tym jednym, który okazywał się być ostatecznie jedynym prawdziwym.
Chyba obie się wtedy starałyśmy – i tak powinno być w normalnym, zdrowym związku.
Ale czy można nazwać normalnym, zdrowym związkiem ten, w którym jest się jednym z wielu adorowanych na raz partnerów? Można?
No nie w naszej kulturze, powiedziałaby ona. I miałaby rację.
Oczywiście, stara się tak samo o wszystkich, wszystkim poświęca tyle samo uwagi, ale to nie jest to, czego spodziewam się po związku. Ja jednak, mimo wszystko, jestem zatwardziałą monogamistką. I naprawdę ciężko mi jest, kiedy ta druga strona okazuje się być… Cholera, rozwiązłą suką po prostu. I tyle.
I przepraszam bardzo, co z tego, że ona po prostu wszystkich nas kocha tak samo? Przy takiej ilości partnerów popada się w rutynę bez względu na osobiste zaangażowanie, po prostu nie da się inaczej, tak?
A ja tak nie chcę. Ja oczekuję w związku indywidualnego podejścia i może dlatego to uczucie, które niegdyś było tak gorące – słabnie z każdym rokiem coraz bardziej.
I chociaż Sesja robi co może – umawia się ze mną na spotkania, robi awantury, żąda uwagi i prezentów – ja wszystkie te sceny przyjmuję z, mrożącą krew w żyłach nawet mnie, obojętnością. Przychodzę na randki automatycznie, piszę do niej w ostatniej chwili nawet o tym nie myśląc – wkładając we wszystko tylko tyle wysiłku, by nie pogrążyć tego związku ostatecznie.
Czemu jej nie zostawię?
Cóż…
„I’ve grown accustomed to her face.
She almost makes the day begin.
I’ve grown accustomed to the tune that
She whistles night and noon.
Her smiles, her frowns,
Her ups, her downs
Are second nature to me now;
Like breathing out and breathing in.
I was serenely independent and content before we met;
Surely I could always be that way again-
And yet
I’ve grown accustomed to her look;
Accustomed to her voice;
Accustomed to her face.
I’ve grown accustomed to her face.
She almost makes the day begin.
I’m very grateful she’s a woman
And so easy to forget;
Rather like a habit
One can always break-
And yet,
I’ve grown accustomed to her look;
Accustomed to her voice;
Accustomed to her face.”
***
Piosenka, moi drodzy, niewyedukowani w kwestii musicali, czytelnicy, pochodzi z dzieła pod tytułem My Fair Lady, i zasadniczo ma wydźwięk o wiele mniej liryczny od wersji Nata King Cole’a, jednakowoż zmiany w tekście, których dokonał ten miły pan zdecydowanie bardziej pasują mi do treści notki.
Gdybyście jednak chcieli zobaczyć wersję z “damn, damn, damn” na początku (która zasadniczo jest lepsza, ale jak już wspomniałam, nie pasuje mi dziś) to proszę bardzo, chociaż osobiście zalecam zapoznanie się z całym filmem.
Prowokacyjna notka balansująca na granicy poprawności politycznej, z nieoczekiwanym twistem i dobrym muzycznym podsumowaniem. Tak trzymać.
A dziękuję. Wiesz, Ona pozytywnie wpływa na wszystkie aspekty mojego życia (poza studiami), w tym na wenę, być może to też jest powód dla którego nadal z nią jestem.
Nie, serio, naprawdę twist był taki nieoczekiwany? Pytam z niepokojem, bowiem oznacza to, że mam image osoby, która mogłaby swoje rozterki sercowe uzewnętrzniać na blogu, co właściwie niespecjalnie mnie cieszy. No, chyba żeby uznać, że mój talent w dziedzinie posługiwania się słowem pisanym jest tak oszałamiający, że kiedy tylko coś napiszę, czytelnik zapomina o mej skromnej osobie i zanurza się w świat przedstawiony w tekście jak w rzeczywistą rzeczywistość, a nawet oczywistą oczywistość.
Twist był nieoczekiwany, bo do końca nie wiedziałem zupełnie, o co chodzi.
Wiesz, sesja budzi wiele emocji, ale studenci wyrażają je zazwyczaj w sposób mniej subtelny, np. http://www.demotywatory.pl/komentarze/363
A że piszesz bardzo fajnie, to inna sprawa (koleżanka-erudytka kiedyś mnie op*** za używanie określenia “bardzo fajny”, nie idź w jej ślady i pamiętaj, że jestem tylko prostodusznym ścisłowcem
).
Ależ broń Boże nie mam zamiaru Cię op*** za komplement pod moim adresem, zwłaszcza, że ładnie “wybrnąłeś” z odpowiedzi na moje pytanie
.
Poza tym, “bardzo fajnie” jest bardzo fajnym określeniem.
Jedyne za co mogłabym Cię objechać gdybym miała nastrój i gdyby Twój grzech był cięższy i bardziej na serio to “jestem tylko prostodusznym ścisłowcem”
No tak. Czuj się dumna, wydałam z siebie nader elokwentne “Eee?” po przeczytaniu całości. Wiem, że lubisz pisać w sposób nieprzewidywalny i teoretycznie mogłam się spodziewać czegoś takiego, ale cóż… Właśnie się nie spodziewałam..
Czuję się. :]
W zasadzie, to się nie znamy. Trafiłam tu absolutnym przypadkiem, szukając w niezastąpionych googlach tekstu “Tu va me detruire”. Google usłużnie wypluły tę stronę, a ja – przyznam się szczerze – z nudów na nią weszłam. Zachęcona ukazanym fragmentem tekstu, jeśli dobrze pamiętam. Chyba przymiotnikiem “obrzydliwy” w stosunku do francuskiego. Bo w połączeniu z tą piosenką w tytule dawał intrygujący efekt.
Treść mogę pominąć milczeniem, machnięciem ręki i wzruszeniem ramion, bo nie będę Cię do francuskiego przekonywać, przecież nie to ładne, co ładne…
(Jestem w szkole dwujęzycznej, co oznacza, że wszystkiego uczę się po francusku. Miłość do tego języka jest sensem, przyczyną i skutkiem.)
Ale z punktu ujęłaś mnie swoim stylem i na pierwszej notce nie poprzestałam. Chciwie rzuciłam się na archiwum i przeczytałam wszystko, tak od deski do deski.
I jakkolwiek głupio by to nie brzmiało, powodem zostawienia tego komentarza nie jest chęć wyrażenia uznania dla Twego stylu (choć on z pewnością też zasługuje na pochwałę), a pewne pokrewieństwo gustów. Które mnie zwyczajnie i nieodmiennie wzrusza.
Idąc według kolejności chronologicznej – Eddie. I Cuthbert. Dla mnie w odwrotnej kolejności.
To mój najczulszy punkt, a w swoim otoczeniu mam jedną jedyną osobę, która sprawę rozumie. Więc to był w zasadzie trafiony-zatopiony.
Potem – w dużym skrócie – była cała reszta radosnej gromadki, zwanej popularnie fantastyką, Mroczna Wieża, Taniec wampirów (zazdrość mnie zżera nieustannie, nie chcę dyskutować o wartości artystycznej przedstawienia, ja po prostu uwielbiam Łukasza Dziedzica i do dziś nie umiem przeboleć, że się na to przedstawienie nie załapałam), Mroczna Wieża, Upiór w operze, Mroczna Wieża, My Fair Lady i Mroczna Wieża. Gdzieś po drodze przypałętali się też Piraci, Ania, Kult i V.
I myślę, że mogłabym tak jeszcze dłuższą chwilę rzucać tytułami i postaciami, ale to trochę mija się z celem. Mogę jeszcze tylko dorzucić, że absolutnie urzekły mnie i oczarowały pseudo-filozoficzne rozważania na przeróżne tematy.
Cóż, z mojej strony tyle.
Głębokie ukłony,
Meerie.
P.S. Impresja na temat sesji… porażająca.
O-Mój-Boże. Siostra w… W… Jak jest “fangirl” po polsku, tak, żeby jeszcze do tego było czasownikiem?
). I cieszę się, że podoba Ci się mój styl (jakoś tak wszyscy go chwalą pod tą notką, nie wiedzieć czemu
).
Nieważne. W każdym razie w tym.
A ja myślałam, że jestem sama na świecie, sama jak palec…
W każdym wypadku też jestem wzruszona tym pokrewieństwem gustów, to mi zawsze poprawia humor, kiedy ktoś rozumie miłość, jaką darzę takie a nie inne zjawiska, obiekty i Wieże (ach, Wieże…).
No i absolutnie urzeka mnie i oczarowuje że Ciebie urzekają i oczarowują moje pseudo-filozoficzne refleksje na różne tematy, które to nie raz i nie dwa miałam zamiar skasować, bo pseudo-filozoficzne refleksje mają to do siebie, że czasem wydają się człowiekowi zdecydowanie zbyt ekshibicjonistyczne (albo w gorszych dniach głupie
A, i na koniec:
doprawdy, nie ma powodu by mi się kłaniać, sai
PS: W wypadku Eddiego i Cuthberta nie ma kolejności. Jest po prostu… Są po prostu oni, o.
Ja myślę, że wariacje na temat ubóstwiania-aż-po-grób byłyby tu całkiem na miejscu. Albo oddawania (bałwochwalczej?) czci.
) A znam jedną, słownie jedną osobę, która zna Wieżę. To zwyczajnie… smutne.
Ale w sumie, to jest zastanawiające. TAKA książka, styl, świat, bohaterowie, i w ogóle… (strasznie dogodne wyrażenie
- Co jest takiego niezwykłego w tym, że zostało nam 19 km?
A jasno i krótko się nie da przecież odpowiedzieć…
Mi moje – nie jest ich zbyt wiele, ale coś tam się popełniło – zawsze w chwili zwiększonego samokrytycyzmu podejrzanie zbliżają się do publicznego wywnętrzniania się. Czego z całego serca nie cierpię, zarówno we własnym, jak i w cudzym wykonaniu. Ale że u Ciebie jest to raczej naprawdę czysta filozofia, a nie użalanie się nad swoim życiem, to czyta się przyjmnie ;] I jest to nawet inspirujące.
Pod tą notką to akurat dlatego, że jest ostatnia (chociaż prawdę mówiąc last, but not least) – gdybym miała wybierać, to Firedancer dystansuje wszystkie inne.
Ależ jest, jest. Spotkać drugą Wtajemniczoną to rzadki zaszczyt
A jeśli chodzi o E. i C. to w zasadzie masz rację. Choć ostatnio z przerażeniem skonstatowałam, że to Roland nie daje mi spać po nocach. On jest tak… intrygujący? Sama nie wiem, czy to dobre słowo. Najtrafniejszym (i najbardziej kiczowatym) opisem byłoby chyba porównanie do płomienia, wokół którego krążą bezbronne ćmy.
Co za patos xD
E tam Roland. Roland się skończył przy śmierci Susan – a już na pewno przy śmierci Alice, bo po śmierci Alice wiadomo co było (swoją drogą, może już to gdzieś pisałam, ale nie istnieje lepsze zakończenie od tego, które zmajstrował King, ono było po prostu perfekcyjne) – potem był tylko wariat od Wieży. Zdrowiejący bo zdrowiejący, ale wariat.
Za to Eddie i Cuthbert… Cóż, oni, paradoksalnie, się nie skończyli.
Tak na przyszłość, w obliczu tego, że ja nadal przeżywam traumę po sesji zeszłorocznej, do której twarzy wcale nie przywykłam, “czysta filozofia” nie jest najlepszym komplementem
Ale doceniam intencje i czuję się połechtana.
Firedancera też lubię, bo to fajny występ był i notka też wyszła niczego sobie ;]
).
Tym niemniej jednak, wracając do motywu kłaniania, Wtajemniczone spokojnie mogą rozmawiać ze sobą jak równy z równym (i cieszyć się jak dzieci hermetycznością swoich dialogów
W tym właśnie rzecz! Bo wszyscy Niezaprzeczalnie Pozytywni Bohaterowie mając do wyboru karierę (to nie do końca dobre słowo, ale obowiązek też nie do całkiem to oddaje) i miłość, wybiorą miłość. A Roland wybrał Wieżę.
Niby nie miał wyboru, bo wiedział, że od Wieży zależy los wszechświata, ale mógł się wycofać i powiedzieć sobie, że załatwi to ktoś inny. Miał setki, miliony okazji i powodów, żeby zrezygnować. Nie zrobił tego. I ten jego świat, życie – a raczej jego brak, on żył już tylko Wieżą – jest tak niesamowicie inny od wszystkich innych!
Najbardziej chyba rzuca się to w oczy przy Jake’u.
“- To już koniec. Umieram… wiem, bo już raz przez to przeszedłem. Jeśli ka tego chce, niech tak się stanie. Sprawdź, co z tym, którego przybyliśmy uratować! (…)
Roland odwrócił się do leżącego na ziemi pisarza.”
To i końcówka (która niezaprzeczalnie jest najlepsza; nigdy nie zrozumiem, dlaczego King dostał tyle listów z wymówkami) są właśnie tak niesamowicie fascynujące. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale Eddie i Bert… och, no cóż, są jednoznacznie pozytywni. Nie marysuistyczni, ale po prostu dobrzy i absolutnie nie podejmują kontrowersyjnych decyzji.
A Roland…
Zdecydowanie bardziej lubię Eddiego czy Cuthberta, Roland jest po prostu bardziej frapujący.
W takim razie długich dni i przyjemnych nocy, sai
Jednoznacznie pozytywni? Jeden jest ćpunem a drugi cierpi na przerost ambicji i jest zazdrosny o sukcesy przyjaciela. Mają za to kilogramy uroku osobistego.
A Roland nigdy tak naprawdę nie musiał wybrać między miłością a Wieżą, bo miłość mu jakby poszła z dymem. Została tylko Wieża. Ba, może Wieża była taka ważna właśnie dlatego, że kojarzyła mu się z Zuzanną?
A przy Jake’u, jakkolwiek wzruszająca by nie była ta scena (Boże drogi, jak ja wtedy płakałam… no, może nie “jak”, nie rozszlochałam się i nie rzuciłam książki w kąt, ale płakać – płakałam), to to było jedyne sensowne rozwiązanie – właśnie dlatego jest to taki smutny moment.
A Tobie dwakroć tyle
Ale czy kiedykolwiek miałaś wątpliwości, że Eddie postąpi dobrze? Albo co do jego postępowania?
A może to faktycznie urok osobisty i po prostu wydają się dobrzy? To w zasadzie niczego nie zmienia. Bo Roland i tak jest inny.
Tak, a w zamieszaniu ktoś stracił głowę xD Niektóre sformułowania nieodmiennie mnie śmieszą.
Problem w tym, że miłość sam sobie puścił z dymem. Bo wtedy mógł właśnie wybrać – spojrzał w kryształ i wiedział, że ona zginie, jeśli nie pojedzie jej uratować. Ale jeśliby to zrobił, zaprzepaściłby szansę na Wieżę.
To mi przywodzi na myśl kolejną sprawę – smutniejsza jest śmierć Jake’a czy Eddiego? Bo Eddie umarł przecież tak… niepotrzebnie.