“Ja wiem, że niektórzy z was tutaj przyszli, bo myślą sobie “ja zobaczę co to jest ten Czesław Ziewa”. Ja zobaczę. I niektórzy co tak myślą, myślą sobie teraz… “Ja pierdolę”"
Jakoś tak to było. Bałdzo trafne. W ogóle miałam dać “ja pierdolę” na tytuł, ale uznałam, że bez przesady z tą wulgarnością, najpierw rzygi, teraz pierdolenie, po co to komu?
Nie przemówił do mnie Czesław, kiedy mi go pokazano po raz pierwszy.
Tak jakoś. Doceniłam teksty. Doceniłam klimat. Muzykę też. I w ogóle zgadzałam się z tymi, którzy twierdzili, że tak, oto jest coś, co zostało stworzone akurat pod mój gust („lubi jeździć rowerem i kształt kół zębatych”), ale nie trafił.
Może to przez Maszynkę do świerkania, na pewno ją słyszeliście, a jak nie to idźcie do YT, więc może przez tę nieszczęsną maszynkę, która, o ile mnie pamięć nie myli, promowała „Debiut” i wprawiała mnie w stan bardzo bardzo dalece melancholijny. Z drugiej strony ja tam zawsze lubiłam dołujące kawałki, więc w sumie nie wiem. Nie te fluidy. Nieodpowiednia ilość wiewiórek w pobliskim parku. Zła faza księżyca. Cokolwiek. Dość, że nie złapało. Kojarzyłam gościa, nic przeciwko nie miałam, lubiłam posłuchać, ale żeby tak kupić płytkę albo ją zdobyć mniej moralnym sposobem to nie.
Jak łatwo się domyślić po tym wstępie, teraz trafił i, jak równie łatwo się domyślić, zaraz Wam opowiem jak to się stało.
Otóż na początku był chaos, a właściwie to majówka, która miała to do siebie, że, mimo licznych w sumie opcji (dwóch) nigdzie w jej trakcie nie pojechałam, zamiast podróży serwując sobie rekord ilości napisanych jednego dnia słów (prawie pięć tysięcy, nie róbcie tego w domu). Doświadczenie było tyleż satysfakcjonujące, co męczące, toteż kiedy pojawiła się opcja wyjazdu do Krakowa, stwierdziłam, że absolutnie muszę sobie tę majówkę odbić.
Swoją drogą, zabawne, dopiero w tym roku odczułam jaka presja jest związana z wyjazdem na początku maja. Ale z drugiej strony – wyjeżdżałam od liceum.
Wracając jednak. Zupełnie przypadkiem moja wizyta w rzeczonym mieście zbiegła się z ichnimi juwenaliami, na które byłam konsekwentnie przez jeden wieczór i jeden dzień, bo tyle trwał mój pobyt, zabierana. O tyle zabawne, że na dobrą sprawę były to moje pierwsze juwenalia, w Łodzi ograniczałam się zwykle do pójścia na Kult. Którego w tym roku zresztą nie ma, skandal, uważam.
W każdym razie poza tym, że poznałam różnicę między juwenaliami AGH (ja i flaszka wina, z zasady nie pijam na trzeźwo, lecz nawet zasady są zmienne) i UJ (alternatywne koncerty i piwo), zostałam również zetknięta po raz drugi z Czesławem. Tym razem na żywo.
Pamiętałam takie wolne pioseneczki z akordeonem, uroczym tekstem i dziecięcą intonacją. Lekka psychodelia, ale nic wbijającego w ziemię. No i nastawiłam się na taki właśnie, przyjemny koncercik bez szału.
Kiedy goście kazali na siebie czekać i się euforycznie wywoływać, zaczęłam mieć złe przeczucia, bo nie lubię chamskich narcystycznych zagrywek spod znaku Comy. Kiedy więc w końcu wyleeeźli na tę scenę, byłam nastawiona dość sceptycznie. Zwłaszcza, że mieli strasznie strasznie dużo piwa na tej scenie, a ja zostałam wychowana w dogmacie szacunku dla publiczności i świńskiej trzeźwości w czasie występów.
Z drugiej strony wizerunek mieli całkiem do mnie przemawiający – kostiumy, skład i w ogóle. Gadkę Czesław też miał niezłą, tym niemniej, uczucia miałam mieszane mocno, kiedy się zaczynało.
No. A potem się zaczęło i właściwie jedyne, co byłam w stanie wykrztusić do stojącej obok Katarzyny brzmiało „ale schiza”.
I ani narcystyczne zwlekanie ani ochmójborzeszumiący alkohol na scenie już mi nie przeszkadzały, mało tego, wydały mi się kompletnie na miejscu.
I męczę się, męczę, i nie do końca jestem w stanie jakimiś nieegzaltowanymi słowy oddać schizowatą dekadencję rzeczonego koncertu, a ponieważ egzaltacja to nie jest, wbrew temu, co byłam skłonna niegdyś myśleć, coś, co pasuje do Czesława, po prostu zmilczę. I może jakiegoś linka dam.
Co jest trudne, bo chciałabym jakąś sensowną wersję live i to jeszcze którejś z dwóch moich aktualnie ulubionych jego piosenek
Swoją drogą, mam strasznie, strasznie tani gust i łapię się dokładnie na to, na co chcą mnie złapać autorzy tekstów, bo czyż nie są strasznie nastoletnimi i opisowo gadugadzimi słowa “bez głowy na miasto iść wolę” albo, co gorsza “każdy plan można zmienić, lecz wolę życie bez planu”? Oh, well. Nadejdzie kiedyś dzień, kiedy przestanę mieć szesnaście lat, ale jeszcze nie dziś.
A tymczasem Efekt uboczny trzeźwości, nie live co prawda ale i tak ładny jest on.
A możesz zmienić kolor czcionki? Półprzymykam oczy, ale nic to nie daje. Nie mogę czytać tych szarych literek.
Przez: blamblam w Maj 15, 2010
o 11:48 pm
Done
Co prawda nie mam pojęcia czy da się to zrobić jakoś globalnie, ale cóż, najwyżej dawne wpisy będą nie do odczytania. Mała strata 
Edit:
O, albo tak. Defaultowa co prawda wciąż nie jest czarna, ale chyba bardziej czytelna ;]
Przez: charleene w Maj 16, 2010
o 12:24 am
Dziękuję!
Teraz jest super.
Przez: blamblam w Maj 18, 2010
o 9:31 pm