Tak się składa, że jeden z mych braci jest uzdolniony plastycznie, a do tego świeżo po filmie i komiksie na literkę “W”. Składa się również tak, że przy robieniu pisanek w naszej rodzinie odchodzą, jak to się mówi, niezłe jazdy (w tym roku powstała scenka z jajek, w której udział brały: pisanka Kraken, pisanka Davy Jones, pisanka morze, pisanka Latający Holender i pisanka pozytywka). W związku z tymi jazdami Maciej – tak bowiem brat ów ma na imię popełnił dzieła, które Wam z okazji świąt zaprezentuję.
Poznajecie?
Nie?
No to podpowiedź.
Teraz już poznaliście, ale to nie koniec, albowiem…
Niestety, jajko z Doktorem Manhattanem nie jest w oryginale niebieskie, jest… Jajkowate. Ale od czego jest Photoshop.
Cóż, wesołych świąt.
I smacznego jajka, hehehe.
Hurra. Wymieniłam konwent na pisanie notek na blogu. O, radości. Iskro Bogów.
W każdym razie, ponieważ nadal jestem znudzona i desperacko poszukuję jakiegoś sensownego, kreatywnego a jednocześnie nie wymagającego ode mnie wspinania się na wyżyny mych możliwości intelektualnych zajęcia, postanowiłam napisać coś jeszcze, no bo czemu nie.
Wywnętrzę się więc, jeśli pozwolicie (a jak niby moglibyście mi zabronić, ha), po raz ostatni na temat Strażników a właściwie mówienia o Strażnikach. W sumie temat na topie.
Ponieważ, jak wiadomo, mam skłonność do niezwykle rozwlekłych wstępów, w których rozpisuję się nad tym dlaczego piszę o tym, o czym piszę, pozwolę sobie rzec, że notka zasponsorowana jest przez dwa główne czynniki. Pierwszym z nich – tym, który doprowadził mnie do wniosków, z którymi przy odrobinie szczęścia dziś Was zapoznam, był wiadomy film o wiadomym tytule, znaczy się ci nieszczęśni “Watchmen. Strażnicy”. No bo czego by o nich nie mówić, na pewno odświeżyli temat.
Tak więc obejrzałam film, porozmyślałam, pokminiłam i porozgryzałam i doszłam do wniosków. Wnioski zasadniczo zachowałam dla siebie, bo tak. No, podzieliłam się nimi z jedną dziewczyną, która właśnie katowała komiks (MÓJ komiks katowała, w Krakowie, od września, nawet nie wiedziałam, że tak się przywiązałam do widoku tych trzech czarno-żółtych grzbietów na półce, ale czegóż się nie robi dla przyjaciół, prawda?). I wnioski pozostałyby pewnie moje i tylko moje gdyby nie Borys (link link) i jego pomysły na jubiełuszową (tak, ja wiem, jak to się powinno pisać) notkę. Borys bowiem, jak się już zapewne domyślacie został drugą inspiracją, to znaczy powodem dla którego pisać będę o tym komiksie a nie o, dajmy na to Firefly (bo obejrzałam niedawno) albo o tym, że paskudną pogodę dziś mamy albo o tym, jak bardzo musi wkurzać osoby mieszkające ze mną mój zwyczaj słuchania jednej piosenki w kółko albo o małych kotach (mam małe koty!) albo o czymkolwiek innym.
No. Więc wracając do rzeczy, było w moim życiu kilka momentów, kiedy próbowałam wyartykułować z siebie coś o Strażnikach i kilka – trzy chyba, jeśli mam być konkretna – kiedy słuchałam, jak robią to inni, artykułują znaczy. I cóż, za każdym razem na koniec, a czasem i w trakcie czułam pewien niesmak i niedosyt. Ba, udało mi się nawet skasować całą notkę (obdarzoną taaaaakim odkrywczym tytułem) o Strażnikach i zostawić jeno cytat i krótki komentarz, dlatego, że notka była bez sensu.
Bo wiecie, wszystko co mówi się o Strażnikach jest w gruncie rzeczy bez sensu. To jest tak, że jeżeli ktoś przeczytał, to wie. Nie trzeba nic mówić o tej, jak jej tam “zegarmistrzowskiej precyzji”, “dekonstrukcji mitu superbohatera” i tym podobnych, choćby dlatego, że takie krótkie hasła nie oddają komiksowi sprawiedliwości i nigdy jej nie oddadzą.
Są, owszem, tacy co przeczytali i nie są zachwyceni (wiem o tym, ale nigdy tego nie zrozumiem, że tak sobie sparafrazuję jednego autora), ale przekonywanie ich też nie ma sensu. Przykro mi, ale jeżeli komiks nie obronił się sam, to mi (bez urazy, ale wam też) ta sztuka się na pewno nie uda.
Są jeszcze ci, co nie czytali. No i czy jest sens mówić im cokolwiek poza “stary (albo stara) przeczytaj”? Czy zacytowanie tej cholernej zegarmistrzowskiej precyzji cokolwiek im powie? No przecież że nie, bo nie zakumają. Nawet jeśli będą myśleli, że zakumali to nie zakumają dopóki nie skończą.
Dlatego postanowiłam nie mówić i nie pisać o Strażnikach (i chyba dlatego, chociaż zdecydowanie mniej świadomie, nie bardzo robiłam to wcześniej). Mogę mówić o mówieniu o Strażnikach, o filmie, o reakcjach na ten komiks, o różnego rodzaju odpryskach – aczkolwiek niechętnie – ale o tych trzech książeczkach z czarno-żółtymi grzbietami ani słowa. Nie o wszystkich dobrych rzeczach trzeba mówić, albowiem (uwaga, morał) w wypadku najlepszych słowa są absolutnie zbędne.
No i skończyłam.
Albo jeszcze, skoro wspomniałam o odpryskach (odtwarzacie na własną odpowiedzialność, ja nuciłam ten kawałek przez chyba tydzień, to naprawdę była trauma)
Tak. Nudzi mi się. Dość potężnie.
W każdym razie, nauczona bolesnymi doświadczeniami, o których niedawno pisałam śpieszę powiedzieć, że winą za to, co jest na górze można obarczać tylko mnie, bowiem ze zdjęciem bazowym to ma, powiedzmy sobie, niewiele wspólnego.
Hej. Chyba nie liczyliście na notkę z sensem, prawda?
Nie, serio panowie, możecie już przestać czytać, bo i tak, jak to mawiają moi bracia a ja za nimi, nie skumacie.
Życie prowadzi człowieka po różnych literackich ścieżkach – bo i jest tych ścieżek mnóstwo. Jacyś Strugaccy, jakieś lepsze i gorsze cykle fantasy, jakieś horrory, jakieś dziewiętnastowieczne kryminały, klasyki i hały, ta ostatnia para czasem w wersji wash&go, dwa w jednym. Romanse i thillery. Powieści historyczne. Dzienniki. Listy. Powieści przygodowe. Fantastyka i realizm. Przyjemne czytadła i, ahem, “ambitna literatura”.
Ale poza tym wszystkim, a nawet ponad tym wszystkim jest opoka. Skała, której nic nigdy nie ruszy. Czasem się o niej zapomina. Czasem myśli się, że się wyrosło. Ale tak naprawdę zawsze w końcu się wraca.
Wraca się do Małgorzaty Musierowiczi jej Jeżycjady. A Jeżycjada pozostaje na zawsze niezmienna, bezpieczna, pozytywna i pod każdym względem perfekcyjna.
Amen.
“Kiedy weszła Łusia, bardzo się ucieszył.
- Jak dobrze, że jesteś! – powiedział żarliwie. – Dzięki!
- Bardzo to miłe – odrzekła ona łaskawie. – Wszelako podziękowania należą się raczej rodzicom.”
M. Musierowicz “Sprężyna”
Zawstydziłam się gdyż albowiem ponieważ niejaka Agnieszka wyraziła pogląd jakobym była autorką obrazka, który widać w nagłówku.
Spieszę więc powiedzieć, że jeśli chodzi o zdolności manualno-plastyczne, mam się za łamagę a to śliczne, urocze stworzenie na górze strony zostało stworzone przez Arthura Rackhama, człowieka, który rysował naprawdę przepiękne ilustracje do bajek dla dzieci i nie tylko. Zresztą, sami zobaczcie:
Powinnam była zaznaczyć to wcześniej, ale cóż, błądzić jest rzeczą ludzką.
Dla rozumiejących ten obrzydliwy język, którego użyłam w tytule – to nie jest emo, to tytuł piosenki, która właśnie leci mi z głośników.
Ponieważ Strażnicy w wersji ruchomoobrazkowej spłynęli po mnie jak woda po kaczce i nie ma co się nad nimi rozwodzić, milczeć i pozwalać by wisieli sobie jako aktualna notka, postanowiłam tradycyjnie podzielić się z Wami pewną piosenką, której tekst jest absolutnie nieistotny (nie wspominając już o tym, że całkowicie dla mnie niezrozumiały), więc nie będzie to cytat a film z youtube’a.
Staram się mieć tak zwany otwarty umysł i niczego nie skreślać absolutnie i ostatecznie, jednak starania to nie wszystko. Są na świecie zjawiska, których nie trawię i na wspomnienie których wstrząsam się z obrzydzeniem. Dwie. Kultura (pffffff!) japońska i język francuski.
Jestem o tyle usprawiedliwiona, że i z jednym i z drugim miałam nieszczęście mieć do czynienia – fani zapewniają, że w szczątkowej, okaleczonej i w ogóle niezgodnej ze stanem faktycznym formie – i z oboma mam naprawdę traumatyczne doświadczenia.
Jeśli chodzi o cholernych japońców – ja je widziałam. Widziałam je wszystkie. I to nie raz. Wszystkie animce, które leciały w polskiej telewizji – do pewnego momentu, oczywiście. Daimosa. Zorro. Tsubasę. Tygrysią maskę. Dragon balla. Trzy razy. TRZY RAZY. WSZYSTKIE ODCINKI, JAKIE LECIAŁY W POLSCE. Slayersów. Pokemony. Czarodziejkę z księżyca, oczywiście, też. Wszystkie. I nic mnie nie obchodzi, że to były ichnie filmy klasy “be”, coś w stylu naszych… Naszych… Co jest właściwie takie złe w naszej telewizji (nie to, że uważam, że ona jest dobra, po prostu jakoś nie oglądam)? No, naszych naprawdę kiepskich seriali. Sprawdziłam jednego “dobrego” animca i pod kątem przegadania i taniego dramatyzmu niespecjalnie różnił się od Dragon Balla. Death Note to było, jeśli jesteście ciekawi.
Francuskiego z kolei uczyłam się w liceum – moim znienawidzonym szczerze i z całego serca liceum, najbrzydszej szkole w Łodzi, trzydziestym czwartym LO. To nie jest tak, że nie znoszę wszystkiego, czego się uczyłam w liceum, raczej nie dałoby się z tym żyć, ale wyobraźcie sobie, że w piątek po pięciu lekcjach musicie czekać dwie godziny na cholerny francuski. To naprawdę może zabić sympatię do języka nawet w dziecku, przepraszam, nastoletnim dziewczęciu które – wstyd się przyznać, ale skoro przyznałam się do oglądania animców, to czemu nie do tego – jest zafascynowane CAŁĄ matrixową trylogią z drugą częścią i Merowingiem może nie na czele, ale nadal na ważnym miejscu.
Hej, nigdy nie mówiłam, że moje powody są racjonalne. Nigdy nie mówiłam, że JA jestem racjonalna, jeśli już przy tym jesteśmy. Wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu jestem dziewczyną, a my ponoć z racjonalnością nie mamy nic wspólnego.
Mimo jednak całej mojej nienawiści czasem muszę przyznać, że coś jest po prostu dobre. W wypadku japońskich… Wytworów był to film (dzięki Bogu nie animowany, musiałabym chyba wtedy pójść w ślady tych wszystkich rozdartych moralnie samurajów i popełnić samobójstwo) Casshern, który ma absolutnie rozdziawiającą paszczękę konstrukcję, a w wypadku języka francuskiego piosenka pod tytułem, którego nie potrafiłabym wymówić nawet z pisto… No, z pistoletem przyłożonym do głowy pewnie bym wymówiła, ale w normalnych warunkach nie. Przedstawiła nas sobie (mnie i piosenkę znaczy) moja przyjaciółka, francuzofilka w każdym tego słowa znaczeniu, z którą dzielę między innymi miłość do musicali – bo z musicalu kawałek pochodzi. Z “Notre Damme de Paris” konkretniej. Enjoy, albo i nie, jeśli nie to się nie znacie, bo kawałek jest przepiękny.
Zasadniczo do przewidzenia było, że pójdę na Strażników najszybciej jak będę mogła i że nakręcę się na nich jak głupia.
Więc, jak się domyślacie, drodzy czytelnicy, właśnie z nich wróciłam i zechcę, jak widać, podzielić się wrażeniami.
Dobry film. Fajny soundtrack. Świetnie dobrani aktorzy. Zasadniczo wierna oryginałowi wizja plastyczna. Osobnicy nieznający komiksu dość zmasakrowani historią.
Brak entuzjazmu w powyższej wypowiedzi zamierzony.
Lubię się na coś nakręcić, naprawdę. I zwykle to robię. W tym przypadku nie było inaczej. Miałam nadzieję na filmowy odpowiednik Strażników. Dostałam adaptację – jeśli chwytacie różnicę.
Tu mogłoby nastąpić parę zdań, w trakcie których lansowałabym się na domorosłego krytyka filmowego, którym nie jestem. Zdań o tym, że ten film po prostu nie miał polotu, jaki mają Strażnicy o tym, że…
No, nieważne. Zasadniczo wszystko co chciałabym powiedzieć o wersji kinowej Strażników sprowadza się do tego, co – niezbyt odkrywczo - napisałam w tytule notki: nothing compares. Z oryginałem znaczy.
I może i dobrze.
Edycja:
Ponieważ minęło już… Raz dwa… Jakieś szesnaście godzin, i zdążyłam skorzystać ze średnio legalnych dobrodziejstw internetu, mogę z całą pewnością powiedzieć, że pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy po seansie była jak najbardziej trafna.
Albowiem świat nasz składa się z kontrastów i równowaga musi być zachowana, po nocy przychodzi dzień, po burzy spokój, coś się kończy coś się zaczyna, a po dniu pięknym nadchodzi ciemne, wilgotne, zupełnie nie klimatycznie i nie londyńsko zamglone, senne paskudztwo.
I tym niestety nie pozytywnym akcentem zakańczam serię notek meteorologicznych, która najprawdopodobniej nie powtórzy się dopóki jakiś dzień nie zauroczy mnie tak jak wczorajszy, który dziś pozostaje mi jedyną pociechą.
Jeśliś skonfudowany, drogi hipotetyczny czytelniku, spójrz proszę na notkę poprzednią, pamiętając, że blogi wbrew wszelkiej logice, zaczynają się od końca czyli od wpisów najświeższych, co, pozwolę sobie zauważyć, dla tych, co lubią albo – jak w moim dzisiejszym przypadku – zmuszeni są pisać w odcinkach, jest dość niekomfortowe.
Muszę odnotować pewien fakt. Fakt, który znajduję niezwykle istotnym. Ważkim dla potomności, ale i dla nas wszystkich. Ten mianowicie, iż dzień dzisiejszy jest absolutnie, obiektywnie piękny.
Lubię gry komputerowe. Nie jestem może dzikim maniakiem wszystkiego, w co da się zagrać – właściwie to mimo niegdyś najszczerszych chęci przechodzę tylko erpegi (niektóre) i przygodówki (wszystkie, jakie mi wpadną w ręce), ale gram, niejednokrotnie z dużym zaangażowaniem. Zdarzyło mi się również doprowadzić do kilku mniejszych lub większych katastrof kulinarnych ze względu na fakt iż powstrzymanie Malaka a później Nihlusa i Siona było ważniejsze od jakichś tam przypalających się piętro niżej potraw. Zaprawdę, KotORy to gry z mocą, nawet jeśli drugi jest bestialsko okaleczony.
Ale ja nie o tym chciałam.
Tak czy inaczej jako osoba lubiąca gry komputerowe zawsze z pewnym dystansem patrzyłam na tych, co twierdzili (i wedle wszelkiego prawdopodobieństwa twierdzą nadal) że są one zagrożeniem dla świata, że ludzie zastępują sobie nimi rzeczywistość, że więzi międzyludzkie przez nie nikną i że dzieci przez nie zatłukują matki stołkami (to ostatnie wiąże się co prawda z MMO, które są jak dla mnie zupełnie inną kategorią, ale jakoś tak mi się napisało). Ok, może i ze względu na losy Republiki pokryłam garnek trzycentymetrową warstwą węgla (“jak żyję czegoś takiego nie widziałam” – powiedziała mama, musiałam się z nią zgodzić), ale wyglądałoby to tak samo, gdybym, dajmy na to, czytała wciągającą książkę, oglądała film albo nie daj Boże coś pisała.
Jednakowoż przeczytałam dziś artykuł, który zachwiał moją wiarą w… Jakby to ująć… W to, że rzeczywistość wirtualna nie stanowi zagrożenia dla tej niewirtualnej.
Artykuł znajdował się w piątkowym dodatku do “Dziennika”, noszącym dumny tytuł “Kultura”, który to dodatek zwykłam czytać do kotleta. Albo do zupy czy grzanki. W tym wypadku, jeśli jesteście ciekawi, była to grzanka.
Dodatek zawiera w sobie między innymi dział “gry i technologie”, który kiedyś był całkiem duży, a dziś składa się zwykle z jednej recenzji, jednego krótkiego felietonu i jakiejś ramki z ciekawostkami – wszystko, o ile się orientuję, tworzone jest przez jednego faceta.
Facet ów ma misję – takie przynajmniej odnoszę wrażenie – misję przekonania ludzi, którzy czytają ambitny dodatek “kultura”, który zawsze zaczyna się od felietonu Pilcha, w którym znajdują się recenzje sztuk teatralnych i czasem nawet wystaw, innymi słowy tych, którzy uważają się za intelektualistów, że gry komputerowe nie są złem wcielonym ani plebejską rozrywką – że jako środek przekazu niespecjalnie różnią się od filmów, książek i całej reszty, czyli że gra może być zarówno strasznym chłamem, przyzwoitą rozrywką jak i – może kiedyś – dziełem sztuki.
Misję pana Olafa Szewczyka, bo tak chyba się ten pan nazywa, popieram całym sercem, ale w ten piątek opublikował artykuł, który nieco mnie zaniepokoił.
Już pal licho moją znienawidzoną etnomowę, którą przepełniona jest recenzja gry “Flower”. Z punktu widzenia założeń misji napisanie o mistycznych, religijnych wręcz doznaniach towarzyszących rozgrywce też jest jak najbardziej na miejscu.
Ale uważam, że pisanie o grze, że pozwala odczuć jedność z naturą jest niebezpiecznym objawem. Jedność z naturą jest z definicji – tak mi się wydaje – doświadczeniem związanym z naturą istniejącą, kurde, realnie, nie z obrazkami i dźwiękami z komputera.
Moim skromnym zdaniem właśnie takie gry – nie historyjki dające podnietę podobną do tej czerpanej z bajek, podań, powieści, filmów, komiksów i całej reszty ferajny – gry, które dają człowiekowi złudzenie, że może doświadczyć czegoś co zdarzyć się może w normalnym świecie nie wstając od komputera, są zagrożeniem dla świata, który znamy. W końcu Matrix nie polegał na ucieczce od rzeczywistości, prawda? Polegał na przekonaniu, że to, w czym te biedne ofiary żyły JEST rzeczywistością.